10 błędów korektorów - podcast

PDSK#003 10 błędów korektorów (podcast)

Jak wiadomo, człowiek uczy się na błędach. Ale najlepiej, jeśli są to cudze błędy. Po latach zbierania doświadczeń w pracy korektora stworzyłam dekalog błędów, których należy się wystrzegać w tym zawodzie. Sama popełniłam dziewięć z nich – niektóre jednorazowo, w przypadku innych zdarzały mi się recydywy. Skorzystajcie z mojego doświadczenia i sprawdźcie, jakich 10 błędów korektorów trzeba unikać.

Obiecuję, że nie będzie nic o przecinkach. No, prawie nic.

A jeśli macie ochotę pobawić się w detektywów – napiszcie, którego błędu Waszym zdaniem nigdy nie popełniłam. I oczywiście dajcie znać, które z nich sami macie na koncie.

Subskrybuj: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | Inne

Montaż: Kamil Dudziński

Plan odcinka:

  1. Zaproszenie do Akademii korekty tekstu
  2. Wycena pracy bez zobaczenia próbki
  3. Za mało informacji na starcie
  4. Krytykowanie autora
  5. Zmienianie tekstów na jedną modłę
  6. Za mało poprawek
  7. Tłumaczenie się z wszystkiego
  8. Koncentrowanie się na jednym błędzie, a pomijanie innych
  9. Wprowadzanie błędów do tekstu
  10. Niezadawanie pytań
  11. Brak śledzenia zmian

Źródła przywoływane w odcinku:

Transkrypcja podcastu #003 10 błędów korektorów

Umówmy się tak: przedstawię Wam teraz 10 błędów, jakie popełniają korektorzy, Wy uważnie tego wysłuchacie i potem będziecie się ich już zawsze wystrzegać. Ja niestety – tak jak wspomniałam we wstępie – prawie wszystkie te błędy popełniałam na różnych etapach swojej pracy zawodowej jako korektor i redaktor tekstów. Przez kilkanaście lat metodą prób i – nomen omen – błędów uczyłam się, czego nie należy w tym zawodzie robić, i lista, którą Wam teraz przedstawię, bynajmniej nie jest zamknięta. Myślę, że ten odcinek będzie miał swoją kontynuację w przyszłości, ale na dobry początek przedstawię 10 błędów popełnianych przez korektorów.

Uwaga! To nie będą błędy ani językowe, ani edytorskie. Obiecywałam, że nie będziemy mówić o przecinkach, i postaram się słowa dotrzymać. Nie będzie żadnych zasad językowych, nie obawiajcie się. Jeżeli chcecie poznać zasady poprawności językowej i zasady edycji tekstu, zapraszam Was do dołączenia do mojej Akademii korekty tekstu, czyli kursu online przygotowującego do zawodu korektora. Tam dowiecie się, jak stawiać przecinki, czym się różni dywiz od półpauzy, jak zapisywać dialogi, co to jest pagina. Nauczycie się obsługi programów do korekty i redakcji tekstu, nauczycie się organizacji i wyceny swojej pracy i wszystkiego, co jest potrzebne, żeby pracować jako korektor. Na mojej stronie ewapopielarz.pl w zakładce Kurs korekty tekstu znajdziecie link do zapisów na listę oczekujących, bo II edycja Akademii korekty tekstu startuje już jesienią. Ten kurs odbywa się tylko dwa razy w roku, a jesienią 2020 roku będzie drugi „nabór” chętnych do rozpoczęcia swojej przygody w zawodzie korektora.

*

A tymczasem zajmiemy się błędami popełnianymi przez korektorów już pracujących w zawodzie, ale będą to błędy w nieco bardziej ogólnym wymiarze. Tych, które Wam przedstawię, jest 10 i jeżeli teraz macie skojarzenie z dekalogiem, to jest ono bardzo zasadne. Pociągniemy je nawet trochę dalej, bo podzieliłam błędy na dwie grupy. Jak być może wiecie, pierwsze trzy przykazania dekalogu odnoszą się do Boga, kolejne siedem – do ludzi. Tak też podzieliłam błędy, o których będę teraz mówić, to znaczy: pierwsze trzy będą się odnosiły do organizacji pracy korektora, natomiast pozostałe siedem do pracy z tekstem.

Chyba już powiedziałam wszystko, co należało zaznaczyć na wstępie, a teraz przejdźmy już do konkretów.

Błąd 1. Wycena pracy bez zobaczenia próbki

Oczywiście można podać autorowi już na wstępie jakieś widełki, jeżeli chodzi o cenę, albo uśrednioną bazową stawkę za znormalizowaną stronę czy za arkuszy wydawniczy. Przypominam, że znormalizowana strona w świecie korektorów to 1800 znaków ze spacjami – to podstawowa jednostka w pracy korektora. Z kolei 1 arkusz wydawniczy to w korekcie 40 tys. zzs.

1 znormalizowana strona i 1 arkusz wydawniczy

I oczywiście można autorowi swoje średnie stawki za stronę czy za arkusz podać, chociaż szczerze mówiąc, i tego staram się unikać, dopóki nie zobaczę tekstu, z którym przyjdzie mi pracować. Z prostego powodu – autor przywiązuje się do ceny, którą mu podamy, a jeżeli później się okaże, że tekst będzie wymagał więcej pracy, to jest oczywiste, że autorowi będzie trudniej zaakceptować wyższą wycenę. Trzeba będzie dobrze to podniesienie stawki uargumentować. Z tego też powodu przy zmianie strony internetowej zrezygnowałam z podawania cennika na stronie. Nie mówię, że to jest złe i że nie należy go publikować, ale kwoty, które były podane na mojej poprzedniej stronie internetowej, często wprowadzały zamieszanie przy rozmowie z autorem. Bo to były właśnie kwoty bazowe. Jeżeli tekst wymagał więcej pracy i wyceniałam go nieco drożej, to pojawiały się pewne zgrzyty, które są zupełnie niepotrzebne na początku współpracy.

Powiedzmy sobie więc, co wpływa na wycenę pracy korektora. Nie tylko długość tekstu decyduje o tym, jaką stawkę podamy. A niestety według długości tekstu podaje się stawki w tych ogólnych cennikach, które są publikowane np. na stronach internetowych. Co jest oczywiście zrozumiałe, bo ciężko tam uwzględnić więcej czynników. Ale zobaczcie, jakie inne elementy korektor powinien wziąć pod uwagę, kiedy wycenia swoją pracę.

Powinien wziąć pod uwagę rodzaj tekstu, oczywiście jego jakość – to, czy tekst jest dobrze napisany, czy może ma bardzo dużo błędów (różnego typu). Powinien wziąć pod uwagę czas, jaki jest mu dany na wykonanie tego zlecenia. I tryb pracy – to, czy będzie tylko zajmował się tekstem, czy będzie też w pewnym sensie koordynował całym procesem wydawniczym, np. kontaktował się z tłumaczem albo ze składaczem, z grafikiem czy kimkolwiek innym, kto bierze udział w procesie wydawniczym.

Nie będę bardzo szeroko rozwijać tego tematu, to jest materiał na cały osobny odcinek, ale pamiętajcie, że trzeba te wszystkie czynniki uwzględnić przy wycenie, bo każdy z nich może – mówiąc wprost – wydłużyć naszą pracę. Jeżeli praca zajmie nam nie jeden dzień, tak jak moglibyśmy szacować po samej długości tekstu, tylko tydzień, to różnica w wycenie powinna być znaczna. Nie wystarczy nawet podanie samej tematyki, bo wcale nie jest powiedziane, że tekst naukowy będzie bardziej wymagający np. od tekstu powieści. Wszystko zależy od tego, jak one są napisane, a nawet od tego, ile elementów, które znajdą się w tym tekście, trzeba będzie zweryfikować – czy będą tam 4 przypisy, czy będzie ich 1000, czy będą poprawnie zapisane, ujednolicone, czy każdy trzeba będzie wklepać w katalogi, sprawdzić i zmienić. Ten 1000 to wcale nie jest nieuzasadniona liczba, bo takie publikacje bardzo często się zdarzają. Z kolei w powieściach może być np. dużo odwołań kulturowych czy historycznych, dużo nazw własnych, które trzeba będzie zweryfikować – i to też wydłuży czas pracy nad tekstem.

Kolejna istotna rzecz to odpowiedź na pytanie o to, kto będzie składał ten tekst. Jeżeli składacz jest osobą doświadczoną, to pewnie korekta po składzie pójdzie gładko, nie będzie wiele błędów składu. Ale jeżeli jest to osoba bez większej wprawy, to po pierwsze błędów składu może być dużo i w korekcie oprócz błędów językowych będziemy musieli zaznaczyć jeszcze te wszystkie szewce, bękarty, złe dzielenie akapitów, może jakieś różnice w odległościach, odstępach pomiędzy znakami – zaburzające odbiór tekstu. I wiele innych czynników. A poza tym jeżeli składacz jest osobą niedoświadczoną, to pewnie popełni błędy przy nanoszeniu korekty na tekst. Trzeba będzie organizować drugą serię poprawek i trzecią, być może czwartą i kolejne. To też wydłuży czas pracy i zwiększy liczbę naszych obowiązków.

Jednym słowem – musicie dobrze poznać tekst i okoliczności towarzyszące pracy nad nim, zanim podacie stawkę za korektę. Żeby potem sobie nie pluć w brodę, że pracy jest dwa razy więcej, niż zakładaliście.

Błąd 2. Za mało informacji na starcie

Musimy rozróżnić dwa przypadki – pierwszy to współpraca z wydawnictwami albo z firmami, które od dawna zatrudniają korektorów, jak np. agencje marketingowe, i które mają ustalone zasady współpracy z korektorem. Drugi przypadek to osoby prywatne, np. self-publisherzy. Jednym słowem – ci, którzy o procesie wydawniczym wiedzą niewiele albo nic. W obu tych przypadkach przed rozpoczęciem korekty czy redakcji trzeba dokładnie omówić nasze obowiązki. To, czego będą od nas wymagać zleceniodawcy.

Wydawca pewnie przedstawi nam swoje metody postępowania – to, w jakim trybie przygotowuje się u nich redakcje, korekty (czy przed składem, czy po składzie), jakie są dodatkowe obowiązki korektora, czy w ogóle są jakieś. Wystarczy się do nich dostosować. A jeżeli coś jest niejasne, to od razu doprecyzować i dopytać. Zapytajcie np. wydawcę, czy jako korektor macie kontaktować się bezpośrednio z autorem, czy macie np. zweryfikować naniesienie korekty na tekst, czy to już może zrobi osoba z wydawnictwa. Możecie poprosić o przekazanie Wam normy wydawniczej. Wiele wydawnictw taką normę posiada, szczególnie wydawnictwa naukowe. W takiej normie jest określony np. sposób zapisu bibliografii, przypisów, stosowanie skrótów, formatowanie tekstu – wszystkie zasady, które są zazwyczaj stosowane w danym wydawnictwie. To bardzo ułatwia pracę korektora, bo nie musi się on zastanawiać, jak co formatować, jak zmieniać, jak ujednolicać – ma wszystko podane czarno na białym i tylko musi się do tego dostosować. Ale trzeba to ustalić na wstępie, żeby potem nie było niespodzianek i żeby nie trzeba było robić pracy po raz drugi.

Nieco trudniejsza jest sprawa z innymi zleceniodawcami. Trudniejsza o tyle, że to Wy stajecie się wtedy ekspertami, to Wy macie doświadczenie w korekcie i musicie poprowadzić autora przez cały proces wydawniczy. Dobrze by było, żebyście to zrobili – Wasza wartość jako korektora bądź redaktora wtedy znacznie wzrasta. Dokładnie, krok po kroku, wszystko wyjaśnijcie, zanim zdecydujecie się na współpracę. Pamiętajcie, że tutaj nie ma informacji oczywistych, nie dajcie się złapać w sidła klątwy wiedzy – to, co Wam się wydaje oczywiste, wcale nie musi być oczywiste dla człowieka, który np. po raz pierwszy wydaje e-book. Autor może np. nie mieć świadomości, że dłuższy tekst warto przeczytać zawsze minimum dwa razy, bo nigdy przy pierwszym czytaniu nie wyłapiemy wszystkich błędów. Szczególnie jeżeli poprawek przy pierwszym czytaniu zwanym redakcją jest sporo. Zwykle zostają jakieś literówki, powtórzenia – i to jest zupełnie normalne, ale autor nie musi o tym wiedzieć i jeżeli mu tego nie wyjaśnicie na wstępie, to uzna, że nierzetelnie wykonaliście swoją pracę, bo on jeszcze jakieś niedociągnięcia po Was znalazł.

Odsyłam Was do pierwszego odcinka mojego podcastu Po drugiej stronie książki – tam tłumaczyłam, czym się rożni redakcja od korekty i jak wygląda proces wydawniczy krok po kroku. W pierwszym odcinku podcastu porównałam proces wydawniczy do wypieku chleba, ale jeżeli ta metafora do Was nie przemawia albo do autora nie przemówi, to możecie użyć innej. Możecie porównać proces wydawniczy czy sam fakt redagowania tekstu do malowania ścian. Po nałożeniu pierwszej warstwy farby na ścianę poprzedni kolor wciąż prześwituje spod spodu, trzeba nałożyć drugą (przeczytać tekst drugi raz), a czasem nawet trzecią, żeby efekt był taki, jakiego oczekiwaliśmy. Musicie to autorowi jasno powiedzieć, bo on może myśleć, że jedno czytanie wystarczy. I jest to zupełnie zrozumiałe – wydaje mu się, że redakcja to taka kompleksowa usługa: redaktor siądzie do tekstu, wyczyści go od razu ze wszystkich błędów i tekst będzie gotowy do publikacji, do wydruku itp. W przypadku krótkich tekstów, np. artykułów blogowych czy jakichś ulotek, rzeczywiście tak pewnie będzie, ale nie dlatego, że redaktor czy korektor przy pierwszym czytaniu wyłapie dokładnie wszystko, tylko jeżeli tekst jest krotki, to najprawdopodobniej korektor po prostu przeczyta go dwa razy, bo będzie miał na to czas, a wtedy zyska pewność, że rzeczywiście większość błędów – albo nawet wszystkie – wyłapał. W przypadku książki czy e-booka nie ma szans – nie ma szans! – żeby po jednym czytaniu wyłapać wszystkie błędy. Autor może oczywiście tego nie wiedzieć, a naszym zadaniem jest dokładnie mu to wszystko wyjaśnić, żeby uniknąć nieporozumień.

Błąd 3. Krytykowanie autora

Umówmy się: nie każdy jest Olgą Tokarczuk, nie każdy jest nawet Remigiuszem Mrozem; do korektorów trafiają naprawdę bardzo różne teksty na bardzo różnym poziomie. Mówi się co prawda, że to jest taki fajny zawód, bo korektor sobie siedzi i czyta książki. I oczywiście jest w tym ziarno prawdy, ale książki są różne – teksty, które trafiają do korektorów są różne. Często trafiają do nich takie, po które korektor sam z własnej woli by nigdy nie sięgnął, a stety-niestety w pracy poprawiać je musi. Różnie może być – może to być nietrafiona tematyka, może to być styl zupełnie nie nasz, może być w tekście bardzo dużo błędów. To oczywiście utrudnia odbiór tekstu. Nie zawsze to jest taka sielankowa praca.

Oczywiście jeżeli kompletnie nie czujemy się na siłach, żeby poprawiać dany tekst, to możemy go porostu nie przyjąć. Wtedy grzecznie, kulturalnie odpowiadamy autorowi, że nie podejmiemy się danego zlecenia i możemy polecić mu innych specjalistów, ale nigdy, przenigdy nikt i nic nie daje nam przyzwolenia na krytykowanie autora i jego tekstu. Szczególnie jeżeli miałaby to być krytyka wypowiedziana w sposób – mówiąc delikatnie – niezbyt grzeczny. I taka, za którą nie idzie żadna konstruktywna rada. To po prostu nie ma sensu i jest niekulturalne. Jeżeli już podejmujemy się pracy z tekstem, to my też bierzemy za ten tekst odpowiedzialność, tzn. w porozumieniu z autorem, we współpracy z nim dążymy do tego, żeby tekst był jak najlepszy. I wtedy komentarze na marginesie, typu „to jest bez sensu” czy inne niewybredne, okraszone serią wykrzykników czy dużych liter – w niczym nie pomagają.

Oczywiście to nie jest tak, że przechodzimy obojętnie obok błędów czy obok słabo poprowadzonych wątków. Błędy językowe poprawimy i nie ma problemu, ale jeżeli widzimy, że coś się – mówiąc wprost – kupy nie trzyma w książce, jeżeli logiczne następstwo wydarzeń czy faktów, argumentacji nie ma sensu, nie ma żadnej logiki w tym wszystkim, to trzeba coś takiego autorowi zaznaczyć. To też nasza rola. Ale nie zaznaczamy tego, mówiąc, że coś jest bez sensu albo coś się panu/pani pomyliło, tylko grzecznie, kulturalnie dodajemy komentarz na marginesie i zawsze staramy się albo pytaniami naprowadzić autora na to, co jest nie tak, co nam jako czytelnikom nie pasuje, albo zaproponować jakieś rozwiązanie. Może się zdarzyć tak, że autor po prostu nie wie, jak dany fragment napisać. Może nie ma pomysłu, jak rozwinąć dany wątek. Albo może w ogóle nie czuje, że coś w tym miejscu jest nie tak. Autor jest jakby w środku, wewnątrz swojego tekstu, my jesteśmy pierwszym czytelnikiem, który stoi na zewnątrz, i nasze propozycje mogą go naprowadzić na właściwą ścieżkę. A jeżeli po prostu powiemy: „To jest głupie”, „To jest bez sensu” i jeszcze damy trzy wykrzykniki, to co to wzniesie dla dobra tekstu? Nic. Jeżeli już wskazujemy jakieś nieścisłości, niedociągnięcia w tekście autora – zawsze warto dodać komentarz z propozycją zmiany.

W zasadzie jedynym przypadkiem, kiedy bez mrugnięcia okiem należy odmówić współpracy autorowi, jest plagiat. Tylko tutaj też uwaga – trzeba mieć dowód na to, że to jest plagiat. Spotkałam się z sytuacją, kiedy autor dostał od korektora odpowiedź, że ten nie będzie pracował nad jego tekstem, bo tekst jest plagiatem. Autor się zaklinał, że jest to oryginał i jest to praca napisana przez niego. Na jakiej podstawie korektor wysnuł swoje wnioski? Korektor wydał taki osąd na podstawie formatowania. W tekście było dużo tzw. łączników opcjonalnych. To kreski, które się pojawiają tylko przy włączeniu białych znaków. Kiedy wyłączymy białe znaki w Wordzie, to kreski po prostu znikną. Ale jeżeli wyraz, w którym jest taka kreska, znajdzie się na granicy wersów, to zostanie podzielony. To takie jakby wymuszenie dzielenia wyrazów. Jeżeli ten wyraz będzie w środku wersu, to nic nie będzie widać, ale jeżeli znajdzie się na granicy wersów – zostanie podzielony. I rzeczywiście bardzo często łączniki opcjonalne „wstawiają się” do tekstu, który jest np. z PDF-a skopiowany do Worda. Na tej podstawie korektor wysnuł wniosek, że tekst został skopiowany z jakiegoś już opublikowanego pliku, no i jest plagiatem. Jak ta sytuacja się skończyła? Detektywistyczne śledztwo wykazało, że autor pracował po prostu na bardzo starej wersji Worda, do tego z włączonym dzieleniem wyrazów. Po otworzeniu tego pliku w najnowszym Wordzie dzielenie wyrazów nie zostało rozpoznane, a właściwie zostało rozpoznane, ale niewłaściwie. W miejscu, gdzie wyrazy były podzielone w pliku autora, teraz zostały wstawione łączniki opcjonalne – i wyglądało to faktycznie tak, jakby tekst był skopiowany z PDF-a. Ale nic nie wskazywało na to, żeby tekst nie był oryginalnie napisany przez autora, więc korektor trochę się pospieszył, wyszedł przed szereg. Takich sytuacji należy unikać. Jeżeli już odmawiamy autorowi współpracy ze względu na plagiat, to pamiętajmy, że to jest bardzo poważne oskarżenie i trzeba mieć na to dowody.

To był jednak oczywiście ekstremalny przypadek. Chciałabym, żebyście zapamiętali z tego punktu to, żeby nie krytykować autorów. Szczególnie jeżeli za tą krytyką nic nie idzie. Korekta to nie jest krytyka. To wspólna praca nad tekstem – tak, żeby był lepszy niż oryginał.

Pierwsza trójka błędów za nami, czas na kolejne siedem. To będą błędy dotyczące tym razem pracy z tekstem.

Błąd 4. Zmienianie tekstów na jedną modłę

Wbrew pozorom naprawdę bardzo mało jest w języku polskim zasad, których absolutnie, pod żadnym pozorem, nigdy nie wolno podważać. Powiecie, że jedną z takich zasad jest pewnie ortografia i co ja tutaj mówię – zasady ortograficzne są, jakie są: „który” piszemy przez „ó” i nic tego nie zmienia. Otóż nie. Jeśli np. w powieści cytujemy SMS, który został wysłany przez – mówiąc delikatnie – niezbyt dobrze wykształconego bohatera, to jeżeli w tym SMS-ie nie będzie ani jednego błędu, jeżeli wszystkie przecinki zostaną dobrze postawione, jeżeli w ogóle będą tam postawione jakiekolwiek przecinki – przyznacie, że to będzie wyglądało trochę niewiarygodnie.

I oczywiście można by się kłócić i mówić, że jeżeli zostawimy błędną pisownię, jeżeli zostawimy jakiś ortograf w tym SMS-ie, to wtedy utrwalamy w oczach czytelników złe zapisy. Ale to nie jest aż tak powszechna praktyka, żeby ten argument miał rację bytu. Nie w każdej książce się takie SMS-y znajdują i czytelnicy naprawdę na tym nie ucierpią. Jest to rzeczywiście sytuacja, w której dla dobra powieści i wiarygodności autora i danej postaci warto zasady ortograficzne nawet złamać.

Powiecie mi może, że inną zasadą absolutnie niepodważalną jest odmiana wyrazów. Nie ma siły – odmieniać musimy tak, jak nam słownik nakazuje. Ale znowu postawię tu veto, bo – zauważcie, że odmiana może nieść za sobą dodatkowe znaczenie. Podam Wam przykład książki – uwaga! to będzie książka dla dzieci, a przecież co jak co, ale książki dla dzieci powinny być napisane wzorcową polszczyzną. Tak by się mogło wydawać, prawda? Sięgnijcie w takim razie po książkę Kropka z Błędem – autorką jest Anna Taraska, a książka została wydana przez wyd. Dwie Siostry. Świetna, dowcipna książka, idealnie by się nadawała na zakończenie roku – może w przyszłym roku – dla dzieciaków albo na początek września po tej tragedii pandemicznej szkoły zdalnej. Zapamiętajcie – Kropka z Błędem, świetna książka.

Wy tego nie słyszycie, ale na okładce tej książki Błąd jest zapisany dużą literą, bo to nie jest jakiś tam błąd, tylko konkretny Błąd, przyjaciel Kropki. Kropki zresztą też pisanej dużą literą. I teraz uważajcie. Kiedy np. ten Błąd w książce znika i jest o nim mowa, to narrator czy bohaterowie mówią, że nie ma Błęda. A nie błędu. Końcówka -a najczęściej jest przypisywana rzeczownikom żywotnym, końcówka -u – rzeczownikom nieżywotnym. na przykład nie ma stołu – bo stół nie żyje. Ale nie ma kota – bo kot, jak wiadomo, żywotny jest, chociaż niektóre koty są w życiu swoim żywotne mało, ale jednak. Ten nasz błąd książkowy, przyjaciel Kropki – żyje. Więc nie moglibyśmy go odmienić „po ortograficznemu” i powiedzieć, że nie ma Błędu. Dużo lepsza odmiana będzie z końcówką żywotną -a. Mimo że przecież tworzymy tym sposobem błąd. W książce mówimy więc, że nie ma Błęda. I jest to bardzo zmyślne wykorzystanie zasad językowych. Powiedziałabym nawet, że to jest wyciągnięcie tych zasad na wyższy poziom. Bo pamiętajcie, że zasady mają nam służyć, to nie my się im podporządkowujemy, one zostały stworzone, żeby nam pomagać w wyrażaniu tego, co chcemy przekazać. A jeżeli my chcemy przekazać, że Błąd żyje, to powiemy, że nie ma Błęda.

Możecie oczywiście powiedzieć, że to jest dość specyficzny przypadek i pewnie będziecie mieć rację, chociaż powiem Wam, że często takie sytuacje są wykorzystywane, takie niuanse są wprowadzane do książek, również do książek dla dzieci, a powiedziałabym nawet, że w książkach dla dzieci one się nawet częściej zdarzają niż w tych dla dorosłych. Jeżeli np. jednym z bohaterów książki będzie ptak kiwi o imieniu Kiwi, to teraz pytanie – czy powinniśmy odmieniać to imię? Nazwy gatunkowej ptaka kiwi nie odmieniamy. Ale przecież to jest imię. Czy w takim razie nie powinniśmy powiedzieć, że idziemy po Kiwiego, bawimy się z Kiwim? To zagadka, którą każdy redaktor, autor i wydawca książki, w której występuje taki bohater, musiałby na własną rękę rozstrzygnąć, bo oczywiście jeżeli odmienimy tę nazwę, to narażamy się na krytykę części czytelników, którzy powiedzą, że przecież w książce jest błąd, bo słowo kiwi jest nieodmienne. Ale my wprowadziliśmy ten błąd do książki z konkretnym uzasadnieniem. To dylematy, które przyświecają bardzo często redaktorom i wydawcom właśnie książek dla dzieci. I są to często długie, burzliwe dyskusje, poparte argumentami. To kwintesencja zawodu korektora – to, za co ja ten zawód najbardziej lubię.

Ale wbijam się w dygresję, a przecież w tym punkcie, który – przypomnę – brzmi: „zmienianie tekstów na jedną modłę” – chciałam Wam zwrócić uwagę na jedną konkretną rzecz. Pamiętajcie o tym, żeby nigdy nie dać się złapać w pułapkę wygładzania tekstu tak, żeby brzmiał składnie, przykładnie i według jedynie słusznego wzorca poprawnej polszczyzny. Korektor musi wczuć się w styl autora, musi wyłapać tę cienką granicę pomiędzy tym, co jest dla autora charakterystyczne, a tym, co jest w języku autora zbędne. I jeżeli autor ma jakąś irytującą manierę, to oczywiście takie rzeczy raczej usuwamy, bo tekst będzie wtedy po prostu niezbyt przyjemny w odbiorze. Na przykład słowo „po prostu” jest jedną z takich manier, takich słów wydmuszek, które z tekstu bez dwóch zdań usuwamy. Ale jeżeli np. autor zdecydował się na używanie języka potocznego w powieści czy nawet w książce dla dzieci albo jeżeli np. na blogu dla informatyków wstawia dużo angielskich słów bądź zapożyczeń i jest to jego świadomy zabieg, bo zwraca się do swoich odbiorców, których zna i wie, że ten język będzie dla nich zrozumiały, przyjazny, oczywisty i naturalny – to my nie możemy nagle mu tych wszystkich zapożyczeń zmienić na polskie odpowiedniki – nawet jeżeli takie istnieją – w myśl zasady czystości języka i poprawności językowej. Musimy wziąć pod uwagę styl autora.

I teraz pytanie kluczowe: jak rozstrzygnąć, które elementy można usuwać, a które zostawiamy, bo są stylem autora. Które są zbędne, a które są charakterystyczne? Bardzo prosta zasada: weźcie pod uwagę, że wszystkie te przykłady, które wskazałam wcześniej, wszystkie te odstępstwa od normy miały swoje uzasadnienie. I to jest właśnie kluczowa zasada. Jeżeli potrafimy podać argument dla danego rozwiązania – to go nie tykamy. Chyba że mamy lepszy argument przeciwny, uważamy, że to naprawdę nie jest dobre rozwiązanie, i mamy kontrargument, który je obali. Ale zawsze takie niuanse trzeba omówić z autorem, a nie zmieniać, bo „tak trzeba”. No właśnie nic nie trzeba. Zasady są po to, żeby mieć jakiś punkt odniesienia – tylko tyle i aż tyle.

Błąd 5. Za mało poprawek

Przeglądałam ostatnio próbki swoich korekt z roku 2011 – przedpotopowych już. Pracowałam wtedy w zawodzie już od kilku lat, ale głównie przy tekstach naukowych. I wymyśliłam sobie, że fajnie by było przejść do jakichś ciekawszych tekstów, np. do beletrystyki. Wysłałam więc – liczyłam to ostatnio – dokładnie 80 podań do różnych wydawnictw. I z wielu z nich dostałam rzeczywiście odpowiedź, bo moje portfolio było już wtedy dosyć spore. Co prawda tylko z wydawnictwami naukowymi, ale jednak jakoś te wydawnictwa beletrystyczne mi zaufały. Ale nie zaufały tak w stu procentach, bo wysłały mi próbki. Próbki do pierwszej korekty, na podstawie której moje umiejętności miały zostać ocenione. I jak się okazało – bardzo słusznie te wydawnictwa zrobiły, wysyłając mi próbkę, bo – uprzedzając fakty – nigdzie się wtedy nie dostałam.

I to jest temat na osobny odcinek podcastu – tzn. nie to, że nie dostałam się wtedy do tych wydawnictw, ale to, że każdy typ tekstu ma swoją specyfikę, której się trzeba nauczyć. To nie jest tak, że jak się jest korektorem, tak po prostu – korektorem – to potrafi się poprawiać teksty każdego typu. Nie. Trzeba wejść w każdą stylistykę, w każdy typ, rodzaj tekstu. Jeżeli jest on specyficzny, to trzeba się go od zera uczyć. Mając oczywiście podstawę w postaci poprawności językowej itd. Jednak stylu i specyfiki danego gatunku trzeba się nauczyć. Ale – do sedna.

W tych moich korektach, próbkach – oprócz tego, że pominęłam tam mnóstwo błędów, o których wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, a musicie wiedzieć, że próbki od wydawnictw są zwykle sztucznie naszpikowane takimi błędami, więc naprawdę trudno się je poprawia – naniosłam naprawdę bardzo mało poprawek. W zasadzie nie mam pojęcia, z czego to wynika, ale obserwowałam to samo na pierwszych korektach, które robili kursanci Akademii korekty tekstu. To obawa przed ingerowaniem w tekst, język autora, przed nanoszeniem zmian. Prawdą jest, że uczy się nas, korektorów, żeby nie zmieniać z dobrego na lepsze. Tylko że nikt nie mówi, co to jest to „dobre”. No i później korektorzy boją się poprawiać tekst. Nie bójcie się nanosić poprawek na tekst. Naprawdę mało jest takich tekstów, którym wystarczą rzeczywiście jedna, dwie poprawki na stronę: tu jakiś przecinek, tu literówka i jedziemy dalej. Szczególnie jeżeli to jest pierwsze czytanie po autorze. Bo jeżeli to już drugie, trzecie czytanie i była zrobiona dobra redakcja i jeszcze jeżeli oryginał był dobry, to rzeczywiście poprawek w drugiej korekcie może już być niewiele. Ale jeżeli dostajecie tekst, np. artykuł na blog, bezpośrednio od autora, to jest małe prawdopodobieństwo, że w tym tekście będą do poprawienia tylko trzy przecinki i nic więcej. czytajcie, czytajcie i czytajcie, aż znajdziecie błędy, które się tam kryją.

Jeżeli uważacie, że sami dobrze piszecie, to zróbcie sobie taki eksperyment – napiszcie tekst, nie sprawdzajcie go od razu, tylko włóżcie do szuflady. Wróćcie do niego po tygodniu i przeczytajcie go jeszcze raz. Zobaczcie, ile błędów tym tekście jeszcze znajdziecie. Albo interpunkcyjnych, albo literówek, albo miejsc, które można by było napisać nieco lepiej, użyć lepszego sformułowania, które lepiej trafi do czytelników.

Tylko uwaga – żeby nie było tak łatwo, to jest jeszcze oczywiście druga strona medalu. Nie można popadać w paranoję i doszukiwać się błędów na siłę tam, gdzie ich nie ma. Mam przyjemność współpracowac obecnie z jednym z polskich wydawnictw beletrystycznych, w którym robię głównie korekty, tzn. czytam tekst jako ostatnia, po składzie, przed drukiem. I bywa rzeczywiście tak, że jeżeli tekst był dobrze zredagowany, jeżeli był dobrze napisany przez tłumacza – bo to często są tłumaczenia – to taka korekta jest czystą przyjemnością, jak z filmów o korektorach, jeżeli takie by powstały. Siadam w fotelu, przygotowuję kawę albo herbatę, biorę komputer na kolana, czytam sobie dobrą książkę i poprawiam na co drugiej stronie jakiś przecinek czy literówkę. Rzeczywiście wiele więcej błędów w tym tekście nie ma i nie ma się co ich doszukiwać.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to, co teraz powiedziałam, trochę się wyklucza. Z jednej strony mówię, że korektorzy wstawiają za mało poprawek, nanoszą ich za mało na tekst, a potem mówię, żeby z tymi poprawkami nie przesadzać i wszędzie na siłę się ich nie doszukiwać, ale to jest właśnie specyfika zawodu korektora. Tutaj nie ma rozwiązań albo-albo, każdy tekst trzeba rozpatrywać indywidualnie. No i dlatego to jest tak trudny zawód. I dlatego jest to tak ciekawy zawód.

Błąd 6. Tłumaczenie się z wszystkiego

Podam przykład, żebyście zobaczyli, co mam na myśli. Wyobraźmy sobie, że robimy korektę książki, która – powiedzmy – ma 300 stron, jak średniej długości książka. Dostajemy oczywiście PDF, książka jest już po redakcji, my mamy nanieść korektę. Korektę nanosimy w dymkach, notatkach, komentarzach, a wszystkie nasze poprawki składacz będzie musiał wprowadzić do tekstu w programie do składu, najczęściej w InDesignie. I teraz pytanie: jak myślicie, jaka jest średnia liczba poprawek w dość dobrze zredagowanym tekście? Powiedzmy, że to jest powieść takiej właśnie długości – 300 stron. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że mi teraz nie odpowiecie, więc odpowiem sobie sama. Przejrzałam kilka moich korekt tego typu z ostatnich miesięcy i wychodzi mi, że średnio te dobrze zredagowane – bo nie mówię o takich, gdzie poprawki idą w tysiące – mają w ostatniej korekcie około 450 poprawek. Czyli na każdej stronie jest jakaś poprawka: czy to usunięcie literki, czy literówka, czy dodanie przecinka, a na niektórych jest ich troszkę więcej.

I teraz uwaga – choćby to był tylko jeden przecinek do wstawienia, to jest to przecinek do stawienia na każdej stronie! Wprowadzenie takich poprawek przecież zajmie składaczowi strasznie dużo czasu. Teraz wyobraźcie sobie, że korektor zamiast po prostu zaznaczyć ten przecinek i dodać komentarz, np. „skreśl przecinek” albo „skreślić przecinek” albo „proszę skreślić przecinek’, jeżeli jest kulturalnym korektorem, albo przekreślić przecinek specjalnym narzędziem – wyobraźcie sobie, że on tego nie robi, tylko zaznacza przecinek, a w komentarzu wysnuwa elaborat na temat tego, dlaczego ten znak nie powinien w tym miejscu stać: bo za to odpowiada zasada ta, ta, ta i ta. I jak jeszcze zaczyna od elaboratu, a polecenie dla składacza ukrywa gdzieś na samym końcu, to ten biedny składacz ma do naniesienia 450 takich poprawek, w których musi czytać uzasadnienia. Gdzieś koło 50 strony wymięknie. I to dojdzie do 50 strony tylko, jeżeli będzie naprawdę wybitnie cierpliwym człowiekiem.

Przy poprawieniu PDF-ów potrzebny jest konkret. Zaznaczenie – polecenie. Jeżeli chodzi o zamianę słowa na inne, nowe słowo, to zaznaczamy to stare, a w dymku wpisujemy tylko nowe, nic więcej. Składacz będzie wiedział, że tamto ma skreślić, a wstawić nowe. Tyle. Żadnych uzasadnień, komentarzy, nie rozwlekamy tego.

Komentarze oczywiście czasem dodajemy. Komentarz możemy dodać wtedy, kiedy coś jest niejednoznaczne, bo pamiętajcie, że cały czas walczymy o to, żeby było jak najmniej kolejnych poprawek. Więc jeżeli np. przekreślamy pół zdania czy nawet wyraz czy dwa, w każdym razie jakiś fragment, po którym stoi przecinek i ten przecinek ma zostać, to może to być nie do końca jednoznaczne. Składacz może się nie domyślić, czy przecinek zostaje, czy ma go usunąć. Nie musi się znać na zasadach poprawności językowej, nie musi się wczytywać w te zdania. Warto by było wtedy dodać dla niego komentarz, w którym napiszemy np. „przecinek zostaje”. Wtedy on wie: aha, te dwa wyrazy usuwam, przecinek zostaje, dziękuję, idę dalej, następna poprawka.

To były PDF-y. A co robimy w Wordzie? W Wordzie komentarze do każdej zmiany też nie są konieczne, w Wordzie pracujemy w trybie śledzenia zmian, więc wszystkie nasze poprawki będą widoczne dla autora, dla wydawcy czy dla kogokolwiek innego, kto będzie to sprawdzał. Jeżeli nie macie pewności, czy po zmianie tekst, zdanie zachowało swój sens, to wtedy oczywiście do takiego zdania możecie dodać komentarz, żeby zwrócić uwagę autora na ten fragment – żeby koniecznie temu się przyjrzał i zaaprobował albo powiedział, jakich zmian tutaj należy dokonać.

Druga sytuacja: jeżeli zmiana jest naprawdę bardzo nieoczywista, to wtedy też możecie ją uzasadnić, żeby autor nie pomyślał sobie, że wprowadziliście do jego tekstu błąd. Powiedzmy, że autor często pisze o „januszach biznesu”, ale tych „januszów” zapisuje dużą literą, bo to imię, więc powinno się zapisać je dużą literą. Otóż nie. Jeżeli to imię nie oznacza rzeczywiście konkretnej osoby, tylko jakieś zjawisko społeczne czy ekonomiczne, czy jakiekolwiek inne, to ono już nie jest nazwą własną i zapisujemy je małą literą. I teraz my tych dużych „Januszów” wszędzie w tekście zmienimy na małą literę, ale może się zdarzyć, że autor uzna, że to błąd albo nie będzie wiedział, dlaczego to robimy. Jeżeli wyczuwacie, że w tym momencie autor może mieć jakieś wątpliwości, to przy pierwszej takiej zmianie dodajcie komentarz i uzasadnijcie to – możecie podać nawet link do jakiegoś słownika, w którym będzie ta zasada szczegółowo opisana. Wtedy sprawa jest jasna. I najprawdopodobniej jedna dyskusja z autorem Wam odpadnie, bo już będzie wiedział, dlaczego wprowadziliście taką, a nie inną poprawkę.

Ale generalnie autor czy wydawca, który oddaje tekst do korekty, ufa korektorowi, a przynajmniej powinien mu zaufać. Powinien zaufać, że korektor zna się na swojej pracy i wie, co robi, więc wszystkie zmiany przez niego wprowadzone są słuszne. Oczywiście jak wszędzie obowiązuje zasada ograniczonego zaufania, więc jeżeli coś dla autora będzie niejasne, to o to dopyta i wtedy Wy mu to wyjaśnicie, ale nie musicie każdej zmiany w Wordzie czy w PDF-ie objaśniać.

Profesjonalna korekta tekstu – jak to powinno wyglądać? Część 1: Autor i korektor. 10 zasad udanej współpracy - 100% zaufania 200% kontroli

W zasadzie jedyną sytuacją, jaka mi przychodzi do głowy, kiedy tych komentarzy na marginesie z uzasadnieniami mogłoby być więcej, jest próbka. To, o czym mówiłam przy okazji poprzedniego punktu. Próbka do korekty, którą dostajecie od wydawnictwa, zanim podejmiecie z danym wydawnictwem współpracę. Może to być też oczywiście próbka od osoby prywatnej, od self-publishera czy od kogokolwiek innego, kto chce sprawdzić, w jaki sposób pracujecie. Wtedy możecie takimi komentarzami dodać informacje i pokazać autorowi, w jaki sposób będziecie się zajmować jego tekstem. Taka próbka to jest często strona czy dwie, rzadko kiedy więcej. Na tak małym obszarze tekstu oczywiście da się zobaczyć, czy korektor radzi sobie z tekstem i czy to, co z tekstem zrobił, mnie jako autorowi czy mnie jako wydawcy odpowiada, ale takie dodatkowe komentarze są zawsze okazją dla korektora do popisania się swoją wiedzą – edytorską czy jakąkolwiek inną. Więc tak – w próbkach można takie komentarze wstawiać i one mogą być nawet bardzo cenne. W każdym innym przypadku raczej powstrzymałabym się przed zbędnymi komentarzami.

Błąd 7. Koncentrowanie się na jednym błędzie, a pomijanie innych

Korektor musi być takim trochę schizofrenikiem, tzn. w czasie pracy nad tekstem korektor musi myśleć o kilku rzeczach równocześnie. Po pierwsze rejestruje logikę tekstu – albo śledzi fabułę, jeżeli to jest powieść; albo śledzi przeprowadzoną w artykule argumentację – zależy, co poprawia. W każdym razie musi czytać ten tekst ze zrozumieniem i sprawdzać, czy on ma sens. Poza tym oczywiście patrzy na ortografię, interpunkcję, stylistykę, składnię, literówki itd. Poza tym kontroluje formatowanie, zasady edytorskie. W Wordzie przygotowuje tekst tak, żeby był zdatny do dalszej obróbki – do składu czy do publikacji w internecie, a w PDF-ie patrzy też na błędy składu. I po czwarte, jeżeli to jest tekst po składzie i jest np. bogato ilustrowany czy ma bogaty layout – powiedzmy, że to czasopismo – to dobrze by było, żeby korektor spojrzał też na estetykę tekstu, na to, czy kolory, ozdobniki są użyte konsekwentnie, czy nie zaburzają odbioru itd. Mamy tu już co najmniej cztery płaszczyzny, na które należy spojrzeć przy czytaniu tekstu, a tego tekstu zwykle cztery razy nie czytamy! Tylko raz. Ewentualnie dwa albo za drugim razem czyta już kto inny. Dobrze by więc było każdą z tych rzeczy śledzić w czasie każdego czytania, a nie osobno.

I dlatego często się zdarza, że korektor fiksuje się na jednej warstwie, a umyka mu druga. Na przykład pięknie wyczyści formatowanie tekstu albo błędy składu, ale umkną mu jakieś literówki albo odwrotnie – idealnie ogarnie tekst, ale nie zwróci uwagi na wcięcia akapitowe czy paginy, czy odległości między znakami w wersach, jeżeli to jest PDF, i inne tego typu elementy. I m.in. z tego powodu dłuższe teksty powinno się czytać przynajmniej dwukrotnie, bo naprawdę bardzo trudno jest to wszystko wyłapać za jednym zamachem, przy pierwszym czytaniu. I oczywiście mniejsza jest skala zostawienia takich błędów, jeżeli to jest pierwsze czytanie i wiemy, że tekst będzie czytany jeszcze raz i my sami albo druga osoba będzie w stanie wyłapać jakieś literówki. No a większa, jeżeli to jest ostatnie czytanie – wtedy już bezwzględnie trzeba patrzeć na wszystko, bo znów – zasada ograniczonego zaufania: nie mamy pewności, że osoba, która czytała przed nami, wszystko, co do niej należało, czyli np. błędy logiczne – wyłapała.

To jest taka – powiedzmy – skala makro tego punktu, tzn. koncentrowania się na jednym błędzie, a pomijania innych, ale ten punkt ma też swoją skalę mikro, inny wymiar. Bardzo często się zdarza, że korektor w danym zdaniu poprawi np. powtórzenie, ale nie zauważy już braku przecinka tuż obok. Poprawił błąd i idzie dalej. Naprawdę bardzo często to się zdarza. Albo jeszcze inaczej – jeszcze inny wymiar skali mikro. Korektor zmienia wyraz na bardziej pasujący do kontekstu albo likwiduje powtórzenie, ale nie sprawdza, czy reszta zdania pasuje do tej zmiany.

Podam przykład, bo brzmi to pewnie bardzo zawile. Załóżmy, że mamy powieść i bohater w powieści mówi takie zdanie:

– Na pewno nic tutaj nie znajdziemy. To dawno opuszczony dom.

A drugi bohater odpowiada:

– Ale i tak musimy go przeszukać.

Wymyśliłam sobie taką – powiedzmy – powieść kryminalną. Zaczęłam niedawno oglądać na Netflixie serial W głębi lasu, więc jestem teraz w temacie i w klimacie.

No i wszystko pięknie, tylko okazuje się, że wyraz „dom” był już użyty w zdaniu poprzednim i wypadałoby zlikwidować to powtórzenie, bo do domu jest bardzo łatwo znaleźć synonim. Korektor wpada więc na genialny pomysł i zmienia „dom” na coś takiego:

– Na pewno nic tutaj nie znajdziemy. To dawno opuszczona rudera.

Teraz to brzmi nawet trochę bardziej mrocznie, wszystko się zgadza. Rudera – też dom. Opuszczona, więc pewnie to było jakieś zaniedbane miejsce. Załóżmy, że wcześniej był ten dom opisany, więc fabularnie wszystko jest okej, korektor nie nadużył swoich kompetencji. Może iść dalej i czytać ten tekst dalej. Ale! Czy na pewno?

Zobaczcie, co się stało. Przeczytam teraz ten dialog jeden po drugim, ze zmianą domu na ruderę. Słuchajcie:

– Na pewno nic tutaj nie znajdziemy. To dawno opuszczona rudera.

– Ale i tak musimy go przeszukać.

Nie „go”, tylko „ją” – ruderę. Nowy wyraz jest rodzaju żeńskiego, więc musimy zmienić ten zaimek. I takie niuanse bardzo często zostają po redakcji w Wordzie. Jeżeli będziecie robić korektę po składzie, drugie czytanie, to nie zdziwcie się, jeżeli je zobaczycie. To wcale nie jest jakieś duże niedociągnięcie redaktora czy kwestia jego niedouczenia, najprawdopodobniej zmienił wyraz, który jest teraz innego rodzaju albo w inny sposób współgra z innymi wyrazami w tekście: czy z czasownikami, czy z przymiotnikami, czy właśnie z zaimkami – i trzeba to wszystko dostosować po zmianie. Ale jeżeli redaktor nie cofnie się o krok i nie przeczyta zdania jeszcze raz, to nie zauważy, że oprócz zlikwidowania powtórzenia trzeba też zmienić zaimek. I oczywiście pewnie wyłapie to w drugim czytaniu korektor, ale jeżeli to już jest drugie czytanie, wtedy bezwzględnie po takich zmianach trzeba się troszkę cofnąć i przeczytać całość jeszcze raz, żeby zobaczyć, czy wszystko się zgadza.

Błąd 8. Wprowadzanie błędów do tekstu

Nad tym punktem nie będę się długo rozwodzić, bo jego trzeba po prostu zapamiętać. Zapamiętajcie sobie jedną zasadę: jak już coś zmieniamy, to musimy być pewni swojej poprawki. Można po raz 50 sprawdzić w słowniku, wygooglować, żeby mieć pewność, że to, co wpisujemy, jest poprawne. Żeby nie wprowadzić błędu do tekstu, bo to jest jednak lekki obciach. Na pewno macie takie wyrazy, z którymi macie problem, nawet ortograficzny. Ja mam takie swoje ulubione słowa, np. zdarzyć i zdążyć albo machać i wahać – nigdy nie wiem, jak to zapisać, i zawsze albo przywołuję je sobie w tych parach, bo to mi pomaga (albo rządzić i żądać), albo sprawdzam w słowniku, bo naprawdę chyba nigdy w życiu tego nie zapamiętam. I wolę sprawdzić po raz 50 danego dnia, niż napisać ten wyraz w tekście z błędem ortograficznym. To oczywiście ekstremalny przykład – błąd ortograficzny, ale jeżeli macie jakieś wątpliwości interpunkcyjne czy jakiekolwiek inne, zawsze sprawdźcie, zanim naniesiecie poprawkę. Żebyście nie wprowadzili błędu w miejscu, gdzie go nie było.

Innym błędem mogą być literówki. Jeżeli zmieniacie duże partie tekstu, to może się zdarzyć tak, że sami zrobicie jakąś literówkę. I tu znów nie stawiajmy sprawy na ostrzu noża, bo jeżeli to jest pierwsze czytanie, redakcja – redaktor zmienia bardzo dużo elementów w tekście. Jeżeli on zostawi jakieś literówki, to się nic nie stanie, bo ktoś jeszcze będzie to po nim czytał. O ile redaktor wszystkie błędy stylistyczne, logiczne, składniowe wyłapie i poprawi, to korektor spokojnie będzie w stanie skupić się na tych literówkach.

Ale jeżeli pracujemy już na PDF-ie i najprawdopodobniej jesteśmy ostatnimi osobami, które będą ten tekst czytać, to trzeba bardzo uważać na komentarze wpisywane w dymkach. Najprawdopodobniej składacz będzie te słowa, które my chcemy wprowadzić do tekstu, kopiował. Jeżeli my te słowa w komentarzach zapiszemy z literówkami czy z innym błędem, to składacz nie będzie ich wszystkich dokładnie czytał. On ma do wprowadzenia, jak pamiętamy, 450 poprawek – i to w dobrze zredagowanym tekście. Nie musi ich czytać, pewnie będzie robił kopiuj-wklej, on się też nie musi oczywiście znać na języku, nie będzie sprawdzał i literował naszych wstawek. Wtedy trzeba naprawdę bardzo uważać, żeby literówek w komentarzach nie stawiać. Jednym słowem – uważność, uważność, uważność. I sprawdzanie wszystkiego, co się da. Tak stety-niestety wygląda ta praca.

Błąd 9. Niezadawanie pytań

Z tym błędem – albo inaczej – z powodu tego błędu namęczyłam się kiedyś na początku mojej pracy. Bo właśnie – nie zadałam pytania. I potem miałam dwa razy więcej pracy. Nauczyłam się na całe życie, że jeżeli w tekście jest jakiś dziwny zapis, np. jakieś kolory w dziwnych miejscach, niektóre zdania są wyróżnione, to zanim ja to usunę i ujednolicę tak, żeby było poprawnie sformatowane – najpierw muszę zapytać autora albo wydawcę, czy ten kolor naprawdę jest tam niepotrzebny. Bo jeżeli jest potrzebny, a właściwie był potrzebny, a ja go usunęłam i go już nie ma, to niestety do mnie będzie należało odtworzenie go.

Czasem zdarza się tak, że jeżeli redagujemy artykuł, to autor może już kolorem zaznaczyć sobie w tym artykule jakieś zdania, które będzie chciał wyciągnąć na wyimki czy wybicia – różnie się to nazywa. Czyli takie wyróżnione cytaty, które są wstawiane w ozdobnych graficznie ramkach czy w inny sposób wyróżnione pomiędzy akapitami w tekście. Na pewno to kojarzycie z czasopism. I teraz jeżeli my jako redaktorzy czy korektorzy w Wordzie te kolory usuniemy, bo uznamy, że cały tekst ma mieć kolor automatyczny i tyle, bo tak ma być, to niestety zniszczymy pracę autora i będziemy musieli to odtworzyć. Pal licho, jeżeli to będą dwie strony, bo sobie po prostu porównamy pliki i przywrócimy kolory, ale ja zrobiłam tak nie na tekście, który nie był artykułem, tylko książką. Już nie pamiętam, po co te kolory autorowi były potrzebne, ale one zdecydowanie były znaczące. To był początek mojej pracy, stwierdziłam, że nie będę się o głupoty pytać i że na pewno ten kolor jest tam niepotrzebny, no i go usunęłam. Okazało się, że był potrzebny. Spędziłam dzień czy dwa na wertowaniu i porównywaniu tekstów, żeby te kolory do tekstu przywrócić.

Uczcie się więc na moim błędzie, nie bójcie się pytać. Jeżeli zobaczycie jakieś dziwne wyróżnienia, formatowanie, niecodzienne zapisy w tekście, to zanim je usuniecie, zapytajcie autora, czy one tam się znalazły celowo albo czy można je usunąć.

Błąd 10. Brak śledzenia zmian

Na sam koniec zostawiłam klasyk. Nawet nie wiecie, ile razy mi się zdarzyło, że zapomniałam włączyć śledzenie zmian i zorientowałam się gdzieś na przedostatniej stronie tekstu. Albo wyłączyłam śledzenie zmian w trakcie pracy – to się nawet częściej zdarza – żeby wprowadzić jakieś większe zmiany, np. formatowania, takie, które nie były na tyle istotne dla tekstu, żeby musiały być naniesione w trybie śledzenia zmian. A potem… zapomniałam włączyć śledzenie zmian z powrotem.

I oczywiście coś takiego da się obejść, bo Word ma funkcję porównywania dokumentów. Znajdziecie ją w zakładce Recenzja. Jeżeli wskażecie mu oryginalny dokument i dokument skorygowany, to on te dwa dokumenty połączy, a wszystkie różnice pomiędzy nimi pokaże jako poprawki, czyli właśnie w trybie śledzenia zmian. I to jest ostatnia deska ratunku, ale naprawdę lepiej przypiąć sobie na monitorze różową kartkę czy żółtą, czy w jakimkolwiek innym kolorze, który na Was działa, i napisać na niej: „Włącz śledzenie zmian”. I pamiętać o tym zawsze przy redagowaniu tekstu.

Nawet jeżeli autor nie będzie chciał od Was tekstu z widocznym śledzeniem zmian, to Wy i tak pracujecie w trybie śledzenia zmian, bo jak mu się odwidzi, to będziecie musieli się bawić w porównywanie dokumentów. Zawsze taki tekst możecie zapisać pod inną nazwą, potem zmiany zaakceptować i wysłać autorowi czysty tekst, jeżeli tak sobie życzy, ale u siebie na dysku miejcie też zawsze tekst zapisany w trybie śledzenia zmian.

Oczywiście, jak się domyślacie, jest jeszcze druga strona medalu, tzn. za dużo poprawek dokonywanych w trybie śledzenia zmian. Kiedy zaczynamy pracę z tekstem, zwykle ujednolica się formatowanie. I teraz już abstrahuję od takich przypadków jak te z poprzedniego punktu, kiedy dodatki, kolory są znaczące. Nie – teraz mówimy o przypadku, kiedy rzeczywiście to formatowanie trzeba ujednolicić, np. marginesy, wcięcia akapitowe, odstępy między akapitami, krój czcionki, rozmiar czcionki, kolory i wszystkie inne elementy. Jeżeli to zrobimy w trybie śledzenia zmian, to już po takich zmianach będziemy mieć mnóstwo dymków na marginesie. Jeżeli autor jest obeznany w Wordzie, to oczywiście może sobie wyświetlić zmiany, wyłączając widoczność formatowania. Ale jeżeli nie jest obeznany, to te wszystkie zmiany formatowania przysłonią mu wstawienia i usunięcia, czyli to, co jest kluczowe, tzn. wszystkie nasze ingerencje w jego tekst.

Te zabiegi, których dokonujemy na samym początku po to, żeby ujednolicić plik, i po to, żeby ułatwić dalszą obróbkę tekstu na etapie składu czy publikowania go w Internecie, nie są znaczące, one nic nie zmieniają w tekście. I znów przypis – z wyjątkiem tego formatowania, które rzeczywiście jest istotne, ale w tym momencie o takim nie mówimy. Można więc takie poprawki wprowadzić z wyłączonym śledzeniem zmian. Żeby nie zaciemniać i nie zaśmiecać marginesu, gdzie pojawiają się nasze poprawki.

Autor nie musi tych wszystkich ujednoliceń widzieć, więc spokojnie można coś takiego zrobić. Dokładnie o tym, co można zrobić przed włączeniem trybu śledzenia zmian, o wszystkich czynnościach, które należy wykonać na początku pracy z plikiem – mówię w jednej z lekcji Akademii korekty tesktu, więc jeżeli ten temat Was interesuje, chcielibyście go zgłębić, to zapraszam do zapisania się na listę oczekujących. Jesienna edycja AKT już niedługo, link do strony, na której przedstawiam cały kurs, i do zapisów znajdziecie na mojej stronie: ewapopielarz.pl w zakładce Kurs korekty tekstu.

*

Jeśli dobrze liczę, to cały dekalog błędów korektorów mamy już za sobą – trzy błędy dotyczące organizacji pracy korektora i siedem błędów dotyczących pracy z tekstem. Przyznaję się bez bicia, że dziewięć z nich było moim udziałem. Jedne trzymały się mnie długo, inne popełniłam tylko raz i nauczyły mnie na całe życie, żeby więcej ich nie powtarzać, a Wy uczcie się na moich błędach i już teraz ich unikajcie. Jeżeli macie ochotę pobawić się w detektywów, to wejdźcie na moją stronę ewapopielarz.pl i pod odcinkiem tego podcastu napiszcie mi, którego błędu Waszym zdaniem nigdy nie popełniłam. Oczywiście biorąc pod uwagę te 10 błędów z dekalogu, które właśnie zostały wymienione. Był taki jeden, którego się ustrzegłam, niestety tylko jeden. Możecie też napisać do mnie na maila: podcast@ewapopielarz.pl – w tej sprawie i w każdej innej.

A teraz już odkładam mikrofon i wracam do świata „po drugiej stronie książki”, żeby tym razem błędów nie popełniać, tylko je wyłapywać. Do usłyszenia w kolejnym odcinku podcastu, który zostanie wyemitowany już 15 lipca.

Akademia korekty tekstu - kurs dla korektorów, kurs online 2020
W kategorii: Podcasty, Zawód: redaktor.

4 Comments

  1. Oj, nie wierzę, że nie znalazł się jeszcze żaden detektyw! Obstawiam, że nie popełniłaś błędu nr 3 😀

  2. A czy dodatkowo, jeśli tekst jest rasistowski, homofobiczny, ksenofobiczny itp., to też powinniśmy odmówić współpracy?

    • To już oczywiście kwestia etyki zawodowej. Są osoby, które odmawiają redagowania tekstów politycznych/religijnych – ze względu na swoje przekonania. I to też jest w porządku. Nie tylko merytoryka decyduje o tym, czy podejmujemy się danego zlecenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.