PDSK#001 Czym się różni redakcja od korekty i dlaczego nie powinno to mieć dla Ciebie większego znaczenia - podcast

PDSK#001 Czym się różni redakcja od korekty i dlaczego nie powinno to mieć dla Ciebie większego znaczenia (podcast)

Całe życie chciałam pracować w radiu. Tyle że zawsze mi się wydawało, że nie umiałabym dostatecznie składnie mówić i że mam zbyt piskliwy głos. Całe 34 lata mi zajęło, żeby odrzucić w kąt te przekonania i usiąść za mikrofonem. Co prawda nie w radiu, tylko na własnej kanapie, ale za to mikrofon wyposażyłam w profesjonalny okrągły filtr (zawsze chciałam taki mieć!). W ten sposób powstał pierwszy odcinek podcastu Po drugiej stronie książki.

Na dobry początek rozprawiłam się z odwiecznym dylematem: czym się różni redakcja od korekty. Będzie też co nieco o wypiekaniu chleba, o składaczach tracących nerwy i o tym, dlaczego umiejętność wyłapywania literówek nie świadczy o randze korektora.

Jesteście ciekawi? Z dumą oddaję w Wasze ręce mój nowy projekt, którego przygotowanie sprawiło mi ogromnie dużo radości. Mam nadzieję, że i dla Was to będzie przyjemne pół godziny.

Śledź moje konta: Spotify | Spreaker | YouTube

Montaż: Kamil Dudziński

Plan odcinka:

  1. Metafora piekarnicza – co ma wspólnego praca nad tekstem z wypiekaniem chleba.
  2. Jak wygląda proces wydawniczy. Wzorcowy schemat:
    • stworzenie tekstu przez autora,
    • tłumaczenie,
    • redakcja, czyli pierwsze czytanie po autorze,
    • korekta autorska,
    • droga pierwsza: skład – korekta,
    • droga druga: korekta – skład – rewizja.
  3. Rady dla autorów i dla korektorów.

Tematy poruszane w odcinku:

  • Schemat wzorcowego procesu wydawniczego.
  • Jak wyceniać redakcję/korektę tekstu.
  • Rola tłumacza w procesie wydawniczym.
  • Obowiązki redaktora.
  • Na czym polega redakcja językowa, logiczna i techniczna.
  • Czy trudno wyłapać literówki.
  • Jak rozmawiać z autorem o koniecznych zmianach w tekście.
  • Współpraca pomiędzy autorem a redaktorem.
  • Czy redaktor i korektor to ta sama osoba.
  • Obowiązki korektora.
  • Jakie są typowe błędy składu.
  • Współpraca pomiędzy korektorem a składaczem.
  • Na czym polega rewizja tekstu.
  • Kompetencje redaktora i korektora.

Transkrypcja podcastu #001 Czym się różni redakcja od korekty i dlaczego nie powinno to mieć dla Ciebie większego znaczenia

„Dzień dobry, potrzebuję korekty”.

„Pani się zajmuje tylko korektą czy redakcją też?”

„Potrzebuję korekty dla swojego tekstu. A może nawet redakcji”.

„Czy w przypadku e-booka jest potrzebna redakcja? Proszę o uzasadnienie”.

To tylko kilka cytatów z maili, które jako korektor i redaktor w jednym dostaję codziennie od autorów. Przewijają się w nich słowa „redakcja” i „korekta”, a podejrzewam, że gdyby zapytać nadawców wiadomości o to, co rozumieją pod tymi terminami, to odpowiedzi byłyby bardzo różne.

I właśnie dlatego wybrałam ten temat na pierwszy odcinek mojego podcastu. Rozstrzygniemy raz na zawsze, czym się różni redakcja od korekty, czy w ogóle czymkolwiek się różnią i czy ma to jakiekolwiek znaczenie. A jeżeli ma, to jakie.

Daj się zabrać za kulisy świata książek i tekstu. Zobacz, gdzie się kryją błędy, i przekonaj się, czy korekta to zawód dla Ciebie. Słuchasz podcastu Po drugiej stronie książki. Zapraszam – Ewa Popielarz.

Czym się różni redakcja od korekty – struktura odcinka

Zaczniemy od metafory piekarniczej. Nie bez powodu – nagrywam ten podcast w maju 2020 roku, kiedy od ponad miesiąca, a nawet od dwóch miesięcy na półkach sklepowych brakuje drożdży, więc takie porównanie powinno każdemu przemówić do wyobraźni.

Później krok po kroku przeprowadzę Was przez wzorcowy proces wydawniczy. I już wtedy będziecie mogli zobaczyć, czy rzeczywiście między redakcją a korektą są jakieś różnice, a jeżeli tak, to jakie.

Na koniec podpowiem Wam, jakie to wszystko ma znaczenie dla korektorów, ale też dla autorów – dla osób, które piszą. Bo jak już wiecie, ten podcast jest nie tylko dla korektorów.

Zaczynamy!

Metafora piekarnicza

Przypuśćmy, że tekst, który mamy otrzymać, to bochenek chleba. Co wobec tego muszą zrobić autor, redaktor i korektor, żeby dobrze ten bochenek wypiec? Żeby nic się nie przypaliło, żeby nie było zakalca – żeby wszystko było zjadliwe.

Na początku oczywiście jest autor. Autor dobiera składniki i miesza ciasto w dzieży, czyli w dużej drewnianej misce. W świecie autorów ta miska najczęściej nazywa się Word. Czasem autor oddaje ciasto redaktorowi od razu po pierwszym przemieszaniu, a czasem dopieszcza je nieco dłużej i na stole redaktora ląduje całkiem nieźle wyglądający bochenek. Tak czy inaczej – jeść się tego jeszcze nie da, ciasto wymaga dodatkowej obróbki.

Teraz na scenę wkracza redaktor. Chciałoby się powiedzieć – cały na biało. Do metafory piekarniczej to nawet pasuje. Jakie zadania ma redaktor? Redaktor ma sprawdzić, czy dobór składników był prawidłowy, czy należałoby coś dorzucić, a może coś odjąć; redaktor może posmakować ciasta – jest jego pierwszym degustatorem, ale pamiętajmy, że ono jest jeszcze cały czas surowe. Redaktor upiekł w życiu już dziesiątki bochenków, więc potrafi przewidzieć, jak ciasto się zachowa przy pieczeniu i w jakiej konfiguracji zadowoli degustatorów. Kiedy kończy się rola redaktora, ciasto ładnie rośnie i jest prawie gotowe do włożenia do pieca.

Co wobec tego robi korektor? Korektor to pomocnik piekarza-redaktora. Wielkie zmiany (składników, kolejności ich dodawania czy proporcji) to nie jest jego działka. On ma zajrzeć do koszyka rozrostowego i sprawdzić, czy ciasto dobrze wyrosło. Później wkłada je do pieca (piecem zarządza składacz, ale o nim tu nie będziemy mówić) i do samego końca kontroluje, czy bochenek dobrze rośnie, czy ładnie się zarumienił, czy nie trzeba poczynić ostatnich poprawek.

To była metafora piekarnicza, a teraz spróbujemy ją przełożyć na życie. Jeżeli zgubiliście się gdzieś na etapie wyrabiania ciasta w dzieży, to nic nie szkodzi, słuchajcie dalej. Zaraz wszystko stanie się jasne.

Jak wygląda proces wydawniczy?

Schemat, który za moment Wam przedstawię, to tylko jedna z wielu możliwości pracy z tekstem. Czasem niektóre elementy wypadają, czasem zmieniają miejsce w szeregu, ale z grubsza praca z tekstem wygląda w wielu przypadkach tak samo.

Tylko uwaga: te wszystkie elementy pojawiają się przy wydawaniu dłuższych publikacji – książek albo e-booków. Jeżeli pracujemy z tekstem krótszym, np. z artykułem na blog, to początek pracy jest oczywiście bardzo podobny, tyle że cały proces się skraca, bo nie ma etapu składu, tylko tekst jest publikowany online.

Czym się różni redakcja o korekty - schemat procesu wydawniczego

Punkt 1. Pisanie tekstu

Oczywiście na początku zawsze jest autor. Żeby redaktor i korektor mieli co robić, tekst musi być przez kogoś napisany. To, jak autor przygotuje swój tekst, znacząco wpływa na kolejne etapy pracy. Może się zdarzyć, że już po pierwszej serii poprawek tekst będzie prawie gotowy do oddania go w ręce czytelników, a może się zdarzyć tak, że przy tej pierwszej serii poprawek trzeba będzie tekst niemalże przepisać.

Rada dla autorów? Przeczytajcie swój tekst przynajmniej raz przed wysłaniem go do redaktorów. To naprawdę widać, jeżeli tekst był napisany na szybko i od razu wysłany do poprawy. I tak chwała za to, że został wysłany do redakcji, a nie od razu opublikowany, ale dobrze jest tekst odłożyć do szuflady, wrócić do niego na drugi dzień albo po tygodniu – jeśli mamy czas – przeczytać go jeszcze raz i dopiero wtedy posłać do redakcji.

Rada dla korektorów? Nigdy nie podawajcie stawki za redakcję/korektę (do tych terminów za chwilę wrócimy) przed zobaczeniem przynajmniej próbki tekstu. Sama tematyka, gatunek, liczba znaków wiele Wam nie powiedzą. Musicie zobaczyć, jak tekst jest napisany, żeby ocenić, ile będzie przy nim pracy. Dopiero na tej podstawie możecie wycenić swoje działania. Oczywiście liczba znaków jest przy tej wycenie ważna, ale musicie też wiedzieć, ile pracy trzeba będzie w ten tekst włożyć, bo 10 stron tekstu można poprawić w godzinę, a można ślęczeć nad nimi cały dzień i cały czas nie mieć ostatecznej wersji tekstu.

Punkt 2 (a właściwie 1b). Tłumaczenie

Ten etap pojawi się wtedy, kiedy mamy do czynienia z tekstem obcojęzycznym w oryginale. To, co teraz powiedziałam, to oczywista oczywistość, ale od czegoś trzeba było zacząć. Ma to znaczenie o tyle, że tłumacz dla redaktora/korektora staje się w pewnym sensie autorem – to z tłumaczem będą się kontaktować, żeby rozstrzygnąć sporne kwestie. I to znów jest oczywiste, bo autor najprawdopodobniej języka polskiego nie zna, więc ciężko mu będzie zadecydować chociażby, czy jego bohaterowie mają się do innych bohaterów zwracać w wołaczu, czy w mianowniku. Tu tłumacz przychodzi z pomocą i może wesprzeć redaktora w podejmowaniu takich decyzji.

Punkt 2 (właściwy). Redakcja

Nad tym punktem zatrzymamy się dłużej, bo jest dla nas kluczowy. Teraz do akcji wkracza – no właśnie: kto? – redaktor czy korektor? Krótko – mówi się, że pierwsze czytanie po autorze to redakcja. Oczywiście niektórzy będą ją nazywać korektą, niektórzy – pierwszą korektą, ale ta terminologia naprawdę nie ma żadnego znaczenia, bo to, czy pierwsze czytanie po autorze nazwiemy redakcją, czy korektą, nie zmieni zakresu obowiązków redaktora bądź korektora – tej osoby, która będzie te poprawki po autorze jako pierwsza wprowadzać.

Redaktor – bo tak będziemy go dla uproszczenia nazywać – pracuje w Wordzie, ewentualnie w Dokumentach Google. Dlaczego? Bo na etapie redakcji zwykle jest najwięcej poprawek i najwygodniej jest wprowadzać je bezpośrednio do tekstu, czyli np. w Wordzie albo w innym pliku, który jest edytowalny. Można pracować też w programie Pages, jeżeli używamy Maców, można pracować w programach darmowych, typu OpenOffice czy LibreOffice, ale jednak przyjęło się, że MsWord jest najwygodniejszy, bo między różnymi wersjami plików jest najmniej rozbieżności, jeśli wszyscy w nim pracują.

Redaktor pracuje więc w Wordzie, w trybie śledzenia zmian, żeby autor mógł zobaczyć, co zostało w jego pliku zmodyfikowane.

Ważne: redaktor ma za zadanie sprawdzić tekst pod każdym względem: językowym, logicznym i technicznym. I nawet gdyby autor upierał się w mailu, że chodzi mu „tylko o korektę”, że jemu trzeba poprawić tylko literówki, ewentualnie przecinki, to redaktor nie powinien się na coś takiego godzić. Dlaczego? Autor może nawet nie być świadomy, jakie błędy popełnia. I wcale nie musi być tego świadomy! Zadaniem autora jest wymyślić historię i napisać tekst. Cała reszta należy do redaktora.

Prawda jest taka, że literówki każdy z powodzeniem może poprawić samodzielnie. To zwykle pierwsza rzecz, którą młodzi korektorzy – tacy, którzy dopiero zaczynają pracę w zawodzie – opanowują do perfekcji. Wystarczy przeczytać tekst w miarę wolno, dokładnie, zwracając uwagę na każdy wyraz, każdy znak i nie ma problemu – nie trzeba mieć do tego żadnego merytorycznego przygotowania, oprócz kilku lat podstawówki. Literówki każdy w swoim tekście znajdzie, nie trzeba za to płacić redaktorowi ani korektorowi.

Tyle że naprawdę bardzo mało jest takich tekstów, które wymagają poprawienia jedynie literówek. W tekstach pojawiają się powtórzenia, błędy stylistyczne, m.in. rusycyzmy – takie, które tak się zakorzeniły w języku, że już ich nie wyczuwamy. Chociażby „póki co” to rusycyzm, który tak zakorzenił się w języku polskim, że nikt już nie wyczuwa, że to jest naleciałość z innego języka. A redaktor będzie o tym wiedział i redaktor to poprawi.

Oczywiście rozumiem autorów, którzy mówią o poprawieniu samych literówek. Mogą tak robić dlatego, że boją się zbytniej ingerencji redaktorów. Boją się, że redaktor za bardzo namiesza im w tekście, będzie ingerował w ich styl itp. Ale to tak nie wygląda – dobry redaktor nie tyka autorskiego stylu. Zadba tylko o to, żeby wszystko mieściło się w granicach poprawności językowej – nawet jeśli trzeba będzie te granice czasem trochę naciągnąć.

Rada dla redaktorów: Jak przekonać autora do swoich racji, jeżeli wiemy, że jego tekst wymaga większej ingerencji niż poprawienie samych literówek? Trzeba zaproponować wykonanie próbki. Trudno będzie wyjaśnić słowami, jak redakcja zmieni tekst na lepsze, ale kiedy autor zobaczy czarno na białym swoje własne słowa, swój własny styl po redakcji, to będzie wiedział, o co redaktorowi chodziło.

Jedna z autorek napisała mi kiedyś po tym, jak odesłałam jej gotową książkę po redakcji, że to niesamowite, bo tekst jest „taki sam, ale jakby lepszy”. Właśnie o to „jakby lepszy” walczy redaktor i może pokazać to „jakby” autorowi, wykonując dla niego próbkę redakcji jego tekstu, np. jedną stronę.

Wróćmy do obowiązków redaktora. Redaktor zwraca uwagę na wszystko: na błędy językowe, logiczne i techniczne. O językowych nie będziemy mówić, bo to jest oczywiste. To są wszystkie błędy, które wychodzą poza granice poprawności językowej: ortograficzne, interpunkcyjne, stylistyczne itp.

Co z błędami logicznymi? Redaktor stawia się w pozycji pierwszego czytelnika i jeśli coś mu w tekście zgrzyta, czegoś mu brakuje, czegoś jest za dużo, jakieś informacje wypadałoby doprecyzować, to redaktor informuje o tym autora i autor ma szansę swój tekst udoskonalić. Klasyczny przykład: jeżeli na jednej stronie bohater ma oczy niebieskie, a na drugiej ten sam bohater ma oczy zielone i nie jest to w żaden sposób usprawiedliwione, np. założeniem kolorowych soczewek kontaktowych, to redaktor takie niuanse wyłapuje, zwraca na nie uwagę autorowi albo sam je poprawia, jeżeli jest to oczywiste.

Ostatnia rzecz to błędy techniczne. Redaktor jeszcze nie widzi tekstu w jego ostatecznym kształcie – w takim, w jakim zostanie wydrukowany – ale i tak na etapie pracy w Wordzie musi tak sformatować tekst, żeby nie sprawiał on problemów przy składzie: żeby nie było 5000 różnych fontów, żeby składacz dokładnie wiedział, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna rozdział, żeby pojawiły się wszystkie potrzebne wyróżnienia, kursywy, pogrubienia i inne dodatki do tekstu. O to też dba redaktor.

To wszystko dzieje się w czasie pierwszego czytania tekstu po autorze. Czy nazwiemy to czytanie redakcją, czy korektą, czy pierwszą korektą – to nie ma żadnego znaczenia. Chodzi o to, że redaktor ma zwrócić uwagę na wszystkie niuanse, na wielu różnych płaszczyznach. Zmian jest tutaj naprawdę sporo. Właśnie dlatego to pierwsze czytanie po autorze jest zwykle najdroższe, nawet dwa razy droższe niż każde kolejne.

Punkt 3. Korekta autorska

Poprawiony tekst trafia z powrotem do autora, który ma za zadanie przejrzeć poprawki, zaakceptować je albo poprosić o ich cofnięcie lub uzasadnienie. Jeżeli chce cofnąć poprawki, to dobrze by było, żeby sam uzasadnił dlaczego. Jeżeli na marginesie były zostawione jakieś komentarze: pytania, prośby, sugestie od redaktora, to autor powinien je przejrzeć i się do nich odnieść. Nie musi sam nanosić zmian na tekst, chyba że chce coś dopisać albo skreślić. Może też napisać swoje sugestie w komentarzu i odesłać tekst jeszcze raz do redaktora.

To, co się teraz dzieje – praca, którą wykonuje teraz redaktor – to cały czas część jego obowiązków należących do „pierwszego czytania”. Redaktor ustosunkowuje się do tego, co autor wprowadził w czasie korekty autorskiej, i nanosi to wszystko na tekst. Sprawdza też wszystkie dopisane fragmenty tekstu, jeżeli autor tekst uzupełnił. Sprawdza je pod kątem językowym, bo często pojawiają się np. powtórzenia, jeżeli autor wrzucił zdanie w środek akapitu.

Na koniec redaktor wszystko czyści i wysyła gotowy tekst, który może iść dalej do składu albo do korekty.

No właśnie – i tu zaczynają się schody. Jeżeli był to krótki tekst, np. do publikacji na blogu, to po pierwszym czytaniu redaktora, po uzgodnieniu poprawek z autorem tekst zwykle idzie do publikacji. Często nawet nie wraca do redaktora, bo poprawek nie ma wiele. Jeżeli redaktor z blogerem już się długo znają, to tekst po pierwszym czytaniu jest gotowy.

Ale jeżeli tekst jest dłuższy, to trzeba go przeczytać drugi raz. To bardzo ważne! Jeżeli zmian przy pierwszym czytaniu było sporo, to pewnie jeszcze zostały jakieś literówki, niedociągnięcia, powtórzenia – to zupełnie normalne. W czasie jednego czytania długiego tekstu nie jesteśmy w stanie wyeliminować wszystkich błędów.

Mamy dwie drogi: tekst może iść od razu do składu albo do korekty.

Czyli ścieżka może wyglądać tak: napisanie tekstu (autor) – redakcja (łącznie z poprawkami autorskimi) – skład – korekta.

Albo: napisanie tekstu (autor) – redakcja (łącznie z poprawkami autorskimi) – korekta – skład – rewizja.

Pojawiło się nowe słowo, pokomplikowało się trochę, doszły nowe terminy, ale powoli wszystko sobie wyjaśnimy. Zacznijmy od korekty.

Punkt 4. Korekta

Korektor to czasem ta sama osoba, która robiła redakcję, chociaż zaleca się, żeby książkę czy e-book (dłuższy tekst) czytało więcej par oczu. Oba rozwiązania mają swoje plusy i minusy. Redaktor doskonale zna książkę, ale może ją znać za dobrze, może być przywiązany do jakichś sformułowań i nawet jeżeli są błędne, to nie zauważy ich przy drugim czytaniu. Poza tym każdy z nas – redaktorów i korektorów – ma ograniczony zasób wiedzy, więc jest szansa, że jeżeli dwie osoby będą czytały tekst, to wyłapią więcej niedociągnięć.

W każdym razie na scenę wkracza korektor, czyli osoba, która jako druga poprawia tekst. Do korektora tekst powinien trafić już wyczyszczony z najgorszych błędów i w ostatecznym kształcie, jeżeli chodzi o układ treści. Zadaniem korektora nie jest już przestawianie kolejności akapitów czy rozdziałów ani sugerowanie, że trzeba dopisać większe partie tekstu.

Co wobec tego ma zrobić korektor? Korektor ma wyłapać:

  • literówki – bo zwykle jakieś jeszcze zostają; wiem, powiedziałam na początku, że wyłapywanie literówek nie jest trudne, ale jeżeli redaktor skupia się na tylu różnych aspektach tekstu, to akurat literówki są tym, co może mu umknąć – i tutaj do gry wchodzi korektor;
  • ewentualne błędy interpunkcyjne, stylistyczne, ortograficzne, czyli dba o poprawność językową;
  • niejednolite zapisy, np. niekonsekwencje w stosowaniu wyróżnień czy niekonsekwentny sposób zapisu liczb.

W idealnym świecie poprawek przy drugim czytaniu już nie ma wiele, ale jeżeli redakcja była zrobiona niedokładnie albo jeżeli tekst wyjściowy był bardzo – muszę to powiedzieć – bardzo zły, to korektor będzie miał co robić. Wtedy dobrze by było zrobić nawet dwie korekty, ale naprawdę niewiele wydawnictw stosuje tę taktykę. Rola korektora jest bardzo istotna.

Jest jeszcze jedna rzecz, na którą zwraca uwagę korektor, a której nie miał okazji poprawić redaktor. Jeżeli korektor dostanie tekst jeszcze przed składem, to oczywiście będzie pracował na nim w Wordzie. Ale jeżeli przed korektą, przed drugim czytaniem tekst był u składacza, to ma już ostateczny kształt, przychodzi do korektora w PDF-ie i korektor oprócz tych wszystkich językowych poprawek musi też zwrócić uwagę na tak zwane błędy składu. Błędów składu jest naprawdę mnóstwo – nie będziemy się nad tym teraz rozwodzić, bo można by o tym stworzyć osobny odcinek. Może to być złe dzielenie wyrazów, mogą to być wdowy, szewce bękarty, sieroty i inne cuda.

Jeżeli interesuje Was ten temat, to mam ogłoszenie: w ostatni czwartek maja będę organizować webinar, w czasie którego omówię typowe błędy składu popełniane szczególnie przez osoby początkujące – takie, które po raz pierwszy składają samodzielnie np. swój e-book. Wiele osób teraz kusi się na to, bo można to zrobić np. w Canvie, chociaż tutaj pewnie zawodowi składacze westchną, bo oni nie uznają Canvy jako programu do składu. I mają w tym trochę racji.

Jeżeli chcecie się dowiedzieć, jakie są typowe błędy składu, to śledźcie informacje w moich mediach społecznościowych, bo już za tydzień uruchomię zapisy na ten webinar, który odbędzie się w ostatni czwartek maja.

Wróćmy do korekty. Jeżeli szliśmy ścieżką: redakcja – skład – korekta, to po korekcie teoretycznie tekst będzie już gotowy do oddania go w ręce czytelników, np. wydrukowania albo opublikowania w formie e-booka. Ale – teoretycznie! Korektor nie nanosi zmian bezpośrednio na tekst. On dostał go w formie PDF-a i może nanieść zmiany w formie komentarzy, wyróżnień, skreśleń, ale wszystkie te poprawki do tekstu będzie musiał wprowadzić składacz. Zrobi to w programie do składu, np. w InDesignie – to najpopularniejsze narzędzie.

Korektor powinien zastosować zasadę: 100% zaufania, ale 200% kontroli. Składacz nigdy świadomie i celowo nie zostawi w tekście błędu – to oczywiste. Ale może się pomylić – składacz nie jest korektorem. Może źle zrozumieć jakąś poprawkę. Po wprowadzeniu poprawki może wyskoczyć inny błąd, w innym miejscu. Dlatego dobrze jest, jeżeli korektor sprawdzi naniesienie poprawek. Korektorzy, nawet jeżeli autor, wydawnictwo, składacz nie proponują Wam tego, zawsze proście o możliwość wglądu do tekstu po naniesieniu poprawek przez składacza.

Przy drugim przeglądaniu tekstu już go nie czytamy w całości, tylko porównujemy fragmenty, w których były zmiany. Jeżeli wtedy jeszcze coś zostanie wyłapane, to do składacza idzie druga seria poprawek, potem ewentualnie trzecia seria – i tak aż do momentu, kiedy uzyskamy ostateczny, czysty, piękny tekst albo aż składacz się wkurzy i już nam tego tekstu nie odeśle.

Mój rekord to 14 serii poprawek, i to w tekście, który nie był długi, ale był bogato formatowany. Z tego wynikały problemy. Nie chciałabym widzieć miny składacza, który dostawał ode mnie 14 serię poprawek.

No dobrze, przeszliśmy przez piekielną serię poprawek, mamy ostateczną wersję i teraz rzeczywiście tekst jest gotowy do publikacji albo do druku.

Jeżeli natomiast szliśmy inną drogą, tzn. redakcja – korekta w Wordzie – skład, to zauważcie, że do tej pory nikt nie zwracał uwagi na błędy składu. Idealną sytuacją by było, gdyby po składzie była jeszcze jedna korekta, czyli w tym wypadku już trzecie dokładne czytanie tekstu. Bardzo rzadko się to zdarza – ze względów oczywiście finansowych, ale też ze względów czasowych.

Punkt 5. Rewizja

Nawet jeżeli trzeciej korekty nie ma, to dobrze by było zrobić tak zwaną rewizję tekstu. Rewizja to przejrzenie PDF-a po składzie, już bez dokładnego czytania. Przeglądamy PDF przede wszystkim pod kątem błędów składu – patrzy się np. na końcówki wersów (czy wyrazy są dobrze przedzielone); sprawdza się zgodność spisu treści z nagłówkami, bo czasem w spisie treści jest inny tytuł rozdziału niż w książce; sprawdza się, czy numery stron w spisie treści są właściwe; sprawdza się tak zwane paginy (nagłówki/stopki). To robi osoba, która zawodowo zajmuje się redakcją bądź korektą, ale ta czynność nazywa się rewizją.

W czasie takiej rewizji korektor – nazwijmy go w ten sposób, bo przecież nie powiemy „rewident” – może oczywiście sprawdzić też treść, ale nie ma już czasu na dokładne czytanie tekstu. Może się posłużyć opcją wyszukiwania (Ctrl + F) i sprawdzić np. częste literówki. Jeżeli jest doświadczonym korektorem, to ma już swoją listę często się pojawiających literówek, np. „miedzy” zamiast „między”, „sie” zamiast „się”. Może też skontrolować ujednolicenia, np. czy w całej książce dopełniacz słowa „wieczór” brzmi „wieczoru”, a nie „wieczora” – obie formy są poprawne, ale w jednym tekście powinna się pojawić jedna z nich. I tak dalej, i tak dalej…

Rewizja nie zajmuje już tyle czasu co dokładne czytanie. Tekst po rewizji, po naniesieniu poprawek przez składacza i po zweryfikowaniu poprawek jest gotowy do wydruku albo do publikacji w formie e-booka.

Trochę się namęczyliśmy, chwilę to trwało, a autor prosił o poprawienie tylko literówek…

Podsumowanie

Obiecałam powiedzieć na koniec, jakie znaczenie ma cały ten proces dla autora i dla korektora.

Jak widzicie, tekst może zostać oddany czytelnikowi albo po jednym czytaniu, albo po dwóch, albo nawet po trzech! Dróg jest wiele, każda ma swoje plusy i swoje minusy, ale wszystkie prowadzą do tego, żeby oddać w ręce czytelnika jak najlepszy tekst.

Ogólny schemat w większości przypadków się powtarza. Istotne jest to, by przy pierwszym czytaniu wprowadzać największe zmiany, a drugie i każde kolejne czytanie traktować już jako „kosmetyczne” dopieszczanie tekstu. Nieważne, czy pierwsze czytanie nazwiemy redakcją, czy oba nazwiemy korektą – tekst należy czytać zawsze z równą uwagą, tyle że w drugim wypadku zmian powinno być znacząco mniej (przynajmniej teoretycznie).

Czy w związku z tym kompetencje osób, które czytają tekst po autorze jako pierwsza, druga, trzecia osoba dokonująca redakcji bądź korekty, powinny być różne? Moim zdaniem nie. Za każdym razem powinno się czytać tekst z równą uwagą. Oczywiście w czasie redakcji zmian będzie więcej, ale jeżeli na etapie korekty korektor oprócz literówek, poprawek czysto językowych czy błędów składu zobaczy też jakiś inny, większy błąd, to jego obowiązkiem jest po pierwsze ten błąd dostrzec, a po drugie zasygnalizować go. To, czy na tym etapie on zostanie poprawiony, to już inna sprawa. Ale korektor powinien mieć również takie kompetencje jak redaktor, żeby te „inne” błędy zauważyć.

Oczywiście może się zdarzyć tak, że jako osoby poprawiające zawodowo teksty będziecie się lepiej czuli albo w pracy grubszej, większej, koncepcyjnej nad tekstem – we współpracy z autorem, w ustalaniu schematów, a nawet przebiegu fabuły, jeżeli to powieść – albo w mrówczej, drobiazgowej pracy polegającej na poprawianiu literówek, błędów interpunkcyjnych, wyszukiwaniu ujednoliceń i szukaniu tych wszystkich błędów, które jeszcze mogą się pojawić na ostatnim etapie pracy z tekstem. Dobrze jest znać swoje predyspozycje, żeby wiedzieć, czy można się porwać na prace redakcyjne, czy raczej skoncentrować się na pracy korektorskiej – jeżeli już stosujemy tę „wzorcową” terminologię. Ale nikt i nic nigdy nie zwolni redaktora ze spojrzenia na tekst również pod kątem poprawności językowej. I nikt i nic nie zwolni korektora ze spojrzenia na tekst także pod kątem innym niż poprawność językowa czy poprawność składu.

A jeżeli spojrzymy na wszystko od strony autora, to miałabym jeden apel. Oczywiście związek emocjonalny autora ze słowami, które wyszły spod jego rąk, jest duży. To niezaprzeczalne. Ale jako autorzy postarajcie się przyjąć – użyję tego słowa – pokorną postawę wobec własnego tekstu. Redaktor, korektor i autor grają do jednej bramki. Wszyscy dążycie do tego, żeby tekst był jak najbardziej przyjazny dla odbiorcy, jak najlepszy. Żeby był taki sam jak na początku, ale „jakby” lepszy. Żeby czytelnik mógł się skupić na treści i na stylu przekazu, a nie na błędach – czy to będą literówki, czy inne, grubsze sprawy.

I pamiętajcie: korektor, redaktor nie wytykają błędów. Oni je poprawiają, ale ich nie wytykają, nie krytykują za błędy. Powiedzmy sobie szczerze – korektor i redaktor żyją z tego, że inni ludzie popełniają błędy. Jak mogliby ich za to krytykować?

Nie przywiązujcie się do terminologii. Pamiętajcie o wzorcowym procesie wydawniczym, który Wam przedstawiłam, tzn. autor – redaktor (pierwsze czytanie po autorze) – korekta autorska i później albo skład – korekta, albo korekta – skład – rewizja. Każdy z tych etapów jest ważny. Im bardziej profesjonalnie do nich podejdziemy, tym lepsze teksty będziemy czytać. A o to przecież walczymy.


To wszystko na dziś. To wszystko, co przygotowałam do pierwszego odcinka podcastu. Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii na temat takiej formy dzielenia się informacjami ze świata po drugiej stronie książki. Jeżeli macie ochotę, napiszcie do mnie na podcast@ewapopielarz.pl – żeby podzielić się swoimi wrażeniami. Do zobaczenia i do usłyszenia gdzieś w Internecie.

Zapisz się na darmowy webinary 2020 nie tylko dla korektorów
W kategorii: Podcasty, Zawód: redaktor.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *