3 książki o kobietach recenzje

3 książki o kobietach – „Idealna”, „Dziewczyny z Solidarności” i „Akuszerka”

Na moim regale te książki stoją w trzech różnych miejscach. Gatunkowo nie mają ze sobą nic wspólnego. Łączy je tylko (i aż) fakt, że są to książki o kobietach. I to wystarcza, żeby odnaleźć mnóstwo powtarzających się motywów – miłość, dziecko, odwaga, walka. Tak jesteśmy do siebie podobne, czy po prostu życie jest takie nieskomplikowane? Jeśli sprowadzić je do fundamentów, zawsze zostaje to samo.

Magda Stachula Idealna recenzja

Magda Stachula, Idealna

Gwarantuję, że poczujesz się dziwnie, czytając tę książkę. Jakbyś wchodził komuś z butami w życie. Jest tak do bólu rzeczywista. Małżeństwo trzydziestolatków. On pracuje w korpo, ona jest freelancerką – pozycjonuje strony. Brzmi znajomo? Ilu masz takich znajomych? Anita i Adam dojrzeli do decyzji o dziecku, niestety – nie udaje się.

Jak można się domyślić, psuje się między nimi. Wątek psychologiczny jest jednym z ciekawszych w książce, choć trzeba się mocno skoncentrować, żeby go wyłuskać spod tego bijącego po oczach realizmu. Od raz podjętej decyzji o dziecku nie ma już odwrotu. Albo się uda i na świat przyjdzie nowy człowiek, albo życie zmusi parę do rezygnacji. Tyle że rezygnacja to nie zmiana decyzji, to katastrofa. Niestety ten wątek obudowany jest epizodami tak sztampowymi, że aż się wierzyć nie chce, że ktoś po nie jeszcze sięga. Spotkanie w poradni ginekologicznej z dziewczyną przy nadziei, która też długo starała się o dziecko. Przypadkowa ciąża wyluzowanej koleżanki. Bez komentarza.

Druga warstwa książki to mało wyszukany poradnik dla małżeństw. Co ma zrobić kobieta, żeby mąż czuł się dobrze? Ma pozwolić sobie usługiwać, dać się zaskoczyć, podziwiać go, doceniać, niewiele wymagać, przejąć inicjatywę w łóżku. Serio? Takie „porady” w XXI wieku? Feministki już zgrzytają zębami. Szkoda tylko, że wśród rad nie znalazła się ta o potrzebie rozmowy. Anita i Adam nie potrafią się dogadać. Ale jak ma im się to udać, skoro co chwilę padają takie słowa:

[edgtf_blockquote text=”Nie pytałam go dlaczego, ale domyślam się, że…” title_tag=”h2″ width=””]

I trzeci wątek – część dramatyczna, detektywistyczna, sensacyjna. W połowie książki zapisałam sobie: „Jeśli zagadka rozwiąże się tak, jak przypuszczam – pozostanie powiedzieć: pff…”. I nie powiem tego tylko dlatego, że jeden element mnie jednak zaskoczył. Ale nie była to intryga na miarę Agathy Christie. Przy tym zadziwia poboczny wątek fałszerzy obrazów. Niby jakoś się łączy z historią Anity i Adama, ale odnosi się wrażenie, że coś tu poszło nie tak. Może miała to być osobna książka, ale zabrakło pomysłu na dłuższą historię? Dziwne.

Narzekam trochę, ale uczciwie muszę przyznać, że książkę czyta się bardzo przyjemnie. Nie zmieniła w żaden sposób mojego życia, ale dała mi kilka miłych wieczór przy lampce i ciepłej herbacie. Do tego dowartościowałam swoje ego, znajdując wątki rodem z Dziewczyny z pociągu albo z Roku 1984 Orwella. Jest to jednak klasyczny przykład powieści, w której redaktor przebił autora – opis na okładce jest lepszy od samej fabuły.

Anna Herbich Dziewczyny z Solidarności recenzja

Anna Herbich, Dziewczyny z Solidarności

Mam problem z tą książką. To nie pierwszy zbiór historii kobiet spisanych przez Annę Herbich, po który sięgnęłam. I już sam ten fakt nastawiał mnie sceptycznie. Czy można wydawać książki rok po roku i cały czas utrzymywać wysoki poziom? Otóż okazuje się, że można.

Trzeba jednak przyznać, że te historie to samograje. Oczywiście należy się wielki szacunek dla Autorki, za wyszukanie bohaterek, za ogromną wiedzę historyczną, spisanie wywiadów i genialne ich zredagowanie, ale fabułę napisało tu po prostu życie. Dziewczyny z Solidarności to nie beletryzowana powieść o czasach PRL-u, ale zbiór wspomnień. I to chyba najwłaściwsza forma wypowiedzi w takim wypadku.

Długo się wahałam, czy to pisać, ale żeby być do końca uczciwą, muszę przyznać, że solidarnościowe historie trochę mnie… znudziły. Opowieści wojenne czy z lat działań żołnierzy wyklętych czyta się z wypiekami na twarzy. Tu napięcie nieco odpuszcza. Znamy te czasy chociażby z opowieści rodziców. Wiemy, że oprócz walk toczyło się w tym czasie także normalne życie. Być może w latach 50. i 60. podobnie postrzegano czas drugiej wojny światowej (choć jednak skala zniszczeń i terroru jest nieporównywalna).

Zdecydowanie mam duży problem z tą książką. Z jednej strony czytam historię kobiety, która wprost podkreśla, że w zasadzie działali jawnie, drukowali gazetki, wiedzieli, że niewiele im grozi. Z drugiej strony ktoś inny opisuje aresztowania, matki straszone tym, że ich dzieci trafią do sierocińców. Ktoś inny był bity, jeszcze inny musiał się ukrywać. Ktoś widział walki uliczne, śmierć ludzi, a ktoś podróżował za granicę, studiował. Do tego część historii rozpoczyna się w czasach drugiej wojny światowej – od takich wydarzeń, że te solidarnościowe przy nich bledną.

Ale może tak właśnie powinno być. Żadna walka nie jest tylko walką. Zawsze gdzieś z boku toczy się względnie normalne życie. Może dzięki krótkiemu dystansowi czasowemu jesteśmy w stanie dziś dostrzec coś, co będzie już nieuchwytne za kilka dekad. Dobrze, że powstała ta książka.

Katja Kettu Akuszerka recenzja

Katja Kettu, Akuszerka

Druga wojna światowa oczami Finów jest jeszcze bardziej przerażająca niż oglądana z naszej perspektywy. Nie znam historii ani kultury Finlandii, nie znam nawet fińskiej literatury – nie wiem, czy to zezwierzęcenie świata i do bólu naturalistyczne opisy to tylko specyfika języka Katji Kettu, czy może rzeczywiście tak wyglądały lata 40. XX wieku w tej części świata. Jakkolwiek by nie było, lektura Akuszerki do łatwych nie należy.

To historia miłości. Krzywe Oko, prosta dziewczyna z ludu, sprawuje wśród swoich funkcję akuszerki. Ma niezwykły talent sprowadzania dzieci na świat, przy czym o sobie myśli, że jest bezpłodna. Zakochuje się w niemieckim fotografie Johannesie Angelhurście i by być bliżej niego zgłasza się do pracy w obozie jenieckim jako pielęgniarka. Nie wie jeszcze, że będzie wykonywać obowiązki, które nie mają nic wspólnego z ratowaniem życia. I że jej ukochany ma na sumieniu setki ludzkich istnień, a ludobójcze wspomnienia próbuje zatrzeć, uciekając w narkotyki i depresję.

Teraz otwiera się pole dla patosu, wielkich czynów, miłości, która zwycięża wszystko itp. Nic takiego się jednak nie dzieje. Napięcie jest wyczuwalne, ale przykryte warstwą naturalizmu, tak zwierzęcego, że aż boli. Krew, pot, ekskrementy i sperma mieszają się ze sobą i oblepiają bohaterów, jakby były dla nich naturalnym środowiskiem. I pewnie są. Żeby jednak nie było zbyt prosto, przy tym całym naturalizmie książka ma w sobie niesamowitą śpiewność. To bardzo nieadekwatne określenie, biorąc pod uwagę tematykę, ale czasem miałam wrażenie, że czytam baśń…

Poetycki naturalizm, wojna, nieoczywiste życiowe wybory i fabuła, której prawie nie ma – to Akuszerka w skrócie. Niewiele się tam dzieje, ale mimo to książka jest niesamowicie gęsta. Wypadałoby przeczytać ją raz, żeby przyzwyczaić się do języka, i ponownie – już dla samej historii. Problem w tym, że tej historii nie sposób oderwać od tego, jak została opowiedziana. To zdecydowanie najbardziej wyjątkowa „wojenna” książka, jaką miałam w rękach. Jej oceny nie da się zamknąć w jednym „podobało mi się”.

A Ty? Jakie książki o kobietach możesz polecić?

W kategorii: Recenzje.

22 Comments

  1. Zaciekawiłaś mnie tymi propozycjami. „Idealna” przewijała się na różnych blogach, zwykle bardzo polecana przez czytelniczki. Chyba spróbuję ją zdobyć ze zwykłej ciekawości, żebym sama mogła ocenić 🙂

    • Bo to dość dobra książka w swoim gatunku. Do tego debiut – to też trzeba wziąć pod uwagę. Mnie przeszkadzała zbyt duża liczba zapożyczeń. Czytałąm ją niedługo po „Dziewczynie z pociągu” i chyba już przesyciłam się tą konwencją.
      Ale przeczytać zawsze warto 🙂

  2. „Akuszerka” książka którą w pierwszej chwili odłożyłam, musiałam dojrzeć. Opis Ewy jest jak najbardziej trafny. Sposób w jaki ja napisano jest pokręony i może odpychać. Jednocześnie chcialam bardzo poznać zakonczenie 😉

    • Szczerze mówiąc, ja nie czekałam na zakończenie. Może dlatego, że długo nie mogłam się doszukać konkretnych wątków fabuły 🙂
      Kto wie, może cała fińska literatura taka jest. Trzeba sprawdzić.

  3. Mi mocno zapadła w pamięć „Cesarzowa Orchidea” Achnee Min. Oparta na faktach opowieść o jednej z żon cesarza Chin. Bardzo lubię takie opowieści, prawdziwe, ale dla nas kompletnie nierealistyczne. Może w ten sposób poznać wiele nowych kultur 🙂

    • Z książek w tym klimacie czytałam „Wyznania gejszy”. Niesamowite to jest, jak kultury mogą się różnić. Dziękuję za ten tytuł – zapisałam sobie. Teraz powinien się pojawić hashtag „kiedy-ja-to-wszystko-przeczytam” 🙂

  4. Nie znam żadnej z tych książek, ale bardzo chętnie je przeczytam, bo mnie zainspirowałaś swoim opisem do tego, by po nie sięgnąć 🙂
    Jeśli chodzi o książki o kobietach to mogę polecić ci m.in. serię „Podróż do miasta świateł” M. Gutowskiej – Adamczyk, „Bezdomna” K. Michalak, „Beduinki na Instargramie” A. Chrobak, „Cisza pod sercem” M. Orłowska, „Dziewczyny z Powstania” i „Dziewczyny z Syberii” A. Herbich, „Dziewczyny wojenne” Ł. Modelski, „Położna. 3550 cudów narodzin” J. Kalyta tyle tytułów mi przyszło do głowy na ten moment.

    • Bardzo się cieszę, taki właśnie był mój cel 🙂

      Jaka długa lista tytułów! Dziękuję bardzo! Znam spośród nich tylko te o „dziewczynach”. A na „Położną” trafiłam dziś na innym blogu – to musi być jakiś znak 🙂

  5. Swietne recenzje piszesz! Rozbudzaja apetyt na siegniecie po te ksiazki! Jak dla mnie najlepsza ksiazka nie tylko o kobietach, ale przede wszystkim dla kobiet jest „Biegnaca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes. Genialna pozycja i polecam kazdej kobiecie po nia siegnac! 🙂

    • Mam ją już na swojej liście i myślę, że przy najbliższej możliwej okazji po nią sięgnę 🙂

      Dziękuję za miłe słowo! Tym bardziej że recenzja to ciężki gatunek. Niełatwo napisać ją tak, żeby niewiele zdradzić, a mimo to zainteresować i nie zanudzić 🙂

  6. Wśród trzech wymienionych książek o kobietach nie znalazła się żadna napisana przez mężczyznę – to pozwala kwestionować obiektywizm ;-).
    Ze swojej strony mogę z czystym sumieniem polecić „Seans” Witolda Horwatha – jednego z najlepszych żyjących polskich prozaików. Wciągająca historia, barwny obraz lat 70. i fascynujący psychologiczny portret pięknej kobiety, która czerpie korzyści ze swoich atutów, ale i ponosi nieuniknione straty z tego samego tytułu.
    Horwath to polski Styron – ta sama swoboda operowania językiem, obrazowe pisanie i wariacki rozmach narracyjny. Zresztą autor sam przyznaje się do związków ze Styronem, Faulknerem i innymi.

    • Brzmi ciekawie. Dopisałam ją już do swojej listy, dziękuję!

      A co do obiektywizmu – polemizowałabym 😉 Czy to nie jest tak, że mężczyzna, pisząc o kobietach, może się opierać głównie na stereotypach albo co najwyżej swoim doświadczenia z kilkoma kobietami, jakie spotkał w życiu i wobec których też nigdy nie zostaje obiektywny, bo zazwyczaj łączą go z nimi jakieś uczucia? Pewnie byłaby to matka, może żona, partnerka, przyjaciółka (o ile taka przyjaźń jest możliwa), może córka.

      • Niby trudno się z Tobą nie zgodzić, ale jednak wydaje się, że pisanie o samym sobie (o ile nie jest to autobiograficzna powieść) też może być obarczone sporym błędem. Jak zdobyć się na obiektywizm wobec swojej osoby – zwłaszcza w czasach, gdy kwestie równości płci i pozyskiwania kolejnych szans stale są na tapecie? No i odwieczny problem definiowania siebie przez role społeczne, o których wspomniałaś (lub uciekanie od tego modelu) – tu chyba też trudno o obiektywizm autorki.
        Stworzenie kompletnego obrazu kobiety to idée fixe ;-), ale w biblioteczce można by spróbować zrównoważyć książki napisane o kobietach przez kobiety i przez mężczyzn. I zróżnicować je gatunkowo.
        A tak w ogóle, to najbardziej interesujące jest empiryczne poznawanie kobiet ;-).

        Będę bardzo ciekaw Twojej opinii na temat „Seansu” – jeszcze bardziej w kontekście tego, co napisałaś powyżej.

        http://www.instytutksiazki.pl/ksiazki-detal,literatura-polska,77,seans.html

        • O empirycznym poznawaniu kobiet nie będę się wypowiadać, bo nie mam dużego doświadczenia 😉

          Wiesz, że właśnie o tym samym myślałam w międzyczasie? O tym, jaką prawdę można napisać o sobie samym. I czy w ogóle można napisać prawdę o kimkolwiek. Jesteśmy przesiąknięci wpływami – kultury, społeczeństwa, wychowania, nawet języka. Przecież my nawet o sobie samych niewiele wiemy. Jak bym się zachowała w sytuacji ekstremalnej? Nie mam pojęcia. Mogę tylko przypuszczać.

          Tworzymy sobie jakieś obrazy, wyobrażenia, ale do prawdy o ludziach nigdy nie dojdziemy. Zdaje się, że Platon by się uśmiechnął, gdyby to przeczytał 😉

          Masz w związku z tym zupełną rację, że trzeba ten obraz jak najbardziej różnicować. Tak się teraz zastanawiam… czy znam jakąś książkę napisaną przez mężczyznę, a dotyczącą rodzicielstwa. Takiej – stereotypowo patrząc – ekstremalnie kobiecej sprawy. Jak mężczyzna przeżywa ciążę swojej żony. To by było ciekawe. Namówię Męża, żeby napisał. Będzie hit 🙂 O ile jeszcze coś pamięta 😉

          • Przypomniało mi się, że kilka lat temu znajoma dziennikarka z jednego kobiecego miesięcznika wspominała mi o swoich przyjaciołach – bardzo dobranej parze. Gdy ona urodziła, on zupełnie zwariował na punkcie dziecka, przeszedł jakąś psychiczną metamorfozę, pchnął do przodu wiele rzeczy, które od lat stały w miejscu, a jednym z wielu jego działań było napisanie w ekspresowym tempie książki o macierzyństwie.
            A więc próby były podejmowane 🙂 – jeśli uda mi się to znaleźć, zaraz Ci wkleję.

            Co do „prawdy, którą można napisać” – idąc dalej można by zapytać, czym w ogóle jest prawda i czy istnieje obiektywna wersja takowej ;-).
            Świat w ogóle jest dziwny – jesteśmy na przykład otoczeni przez niewidzialne obiekty, nad istnieniem których na co dzień się nie zastanawiamy, choć mają na nas istotny wpływ i bywają groźne. W pierwszym odruchu ktoś powie, że jeśli czegoś nie widać, to tego nie ma. Ale co z promieniami rentgenowskimi, falami radiowymi, bluetoothem, podczerwienią, bakteriami i wirusami? 😉
            Nasz ogląd świata jest nadzwyczaj ubogi. Choć jesteśmy przeświadczeni, że jest inaczej, byle pies bije nas na głowę – lepiej (jaśniej) widzi w ciemności, wyczuwa odległość obiektów, doskonale widzi ruchome przedmioty – również w nocy (pamiątka po czasach, gdy polował), wyczuwa drgania, potrafi przewidzieć trzęsienia ziemi i „tąpnięcia” na Śląsku, a niektóre rasy słyszą dźwięki o częstotliwościach od 16 Hz do 41 000 Hz (człowiek przeciętnie 14 Hz – 14 000 Hz, w dodatku tylko wtedy, gdy jest młody i nie mieszka w wielkim, hałaśliwym mieście). Mamy też – my, ludzie – średnio 5 000 000 komórek węchowych, a psy – ponad 200 000 000.

          • Miałam ochotę podać w wątpliwość istnienie samej prawdy, ale uznałam, że aż tak daleko nie pójdę 🙂

            Masz zupełną rację, mówiąc o naszym postrzeganiu świata. Chociaż ja chcę wierzyć, że nasze niedostatki zmysłowe rekompensuje nasz umysł i szeroko pojęta metafizyka. I właśnie dlatego wolę być człowiekiem niż psem 🙂

            PS. Jak Ty zapamiętujesz takie dane? Podziwiam!

          • To rodzaj defektu ;-P – pamiętam też daty premier filmów, płyt, wiek aktorów i muzyków, daty śmierci, a moja dyskografia jest ułożona w kolejności alfabetycznej – najpierw klasyka, potem muzyka współczesna.
            Pewien problem miałem z kompaktem Nigela Kennedy’ego, grającego „Little Wing” Hendrixa i z Robert Fripp String Quintet, bo na płycie „The Bridges Between” panowie grają Bacha… ale poradziłem sobie ;-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *