Press enter to begin your search

Skąd się biorą błędy w książkach?

Skąd się biorą błędy w książkach?

Mówią, że nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi. A jednak nie ma wśród czytelników wielkiej wyrozumiałości wobec błędów pojawiających się w książkach. Panuje przekonanie, że skoro pracuje nad nimi sztab specjalistów, to teksty powinny być kryształowe. Czy da się wyeliminować wszystkie błędy w książkach? I kto jest za nie odpowiedzialny? Przez ostatni miesiąc wspólnie szukaliśmy odpowiedzi na to pytanie. Zobaczcie, jak to wygląda z perspektywy redaktora.

Ankieta o błędach

W czerwcu poprosiłam Was o wypełnienie ankiety na temat błędów w książkach. Wypowiedziały się w niej aż 154 osoby – każdej bardzo dziękuję za poświęcony czas. Aż 118 osób (77%) spośród wypełniających ankietę wyraziło też swoją opinię w jedynym pytaniu otwartym, co mnie szczególnie cieszy, bo to znaczy, że naprawdę zaangażowaliście się w temat.

Nie zadawałam szczegółowych pytań, o to, kim jesteście – mężczyzną czy kobieta, w jakim wieku, z jakim wykształceniem – bo nie miało to dla mnie znaczenia. Istotne było tylko to, czy znacie branżę wydawniczą od środka: jako wydawcy, redaktorzy, tłumacze, operatorzy DTP czy chociażby księgarze lub bibliotekarze. Jak się okazało, większość z Was to „zwyczajni” czytelnicy. I bardzo dobrze! Takie wypowiedzi były dla mnie najcenniejsze. Nie sztuka odpowiadać na pytania, jak się zna odpowiedzi, prawda?

Skąd się biorą błędy w książkach

Ranking błędów

Przyznaję, że pierwsze pytanie, jakie Wam zadałam, było niefortunnie sformułowane. Ale to dla mnie nauczka na przyszłość – może kiedyś powtórzymy tę ankietę. Poprosiłam Was o podanie rodzajów błędów, które przeszkadzają Wam najbardziej. Można było wybierać spośród następujących:

  • ortograficzne,
  • interpunkcyjne,
  • literówki,
  • stylistyczne (np. powtórzenia, zbyt potoczny lub zbyt formalny język),
  • rzeczowe (np. mieszanie faktów, informacje nielogiczne, nieprawdopodobne),
  • błędy składu (np. spójniki na końcu wersów, jeden wiersz akapitu na końcu strony itp.),
  • inne.

Skąd się biorą błędy w książkach

Większość z Was (prawie 70%) wskazała na błędy ortograficzne. I nic dziwnego – jeśli w książce pojawi się ortograf, naprawdę trudno coś takiego wybaczyć. Pamiętacie naszą dyskusję na Facebooku na temat książki kucharskiej Lidla? Pojawiło się tam sformułowanie: „Jak warzyć bez wagi”. Można je odczytać dwojako – „warzenie” to inaczej gotowanie, ale to już archaiczne słowo, dziś nikt tak nie mówi. Czy autorzy książki nie mieli więc czasem na myśli „ważenia”? Jakkolwiek by nie było, ten błąd-niebłąd jako potencjalny ortograf budzi kontrowersje. Pytanie tylko: czy rzeczywiście w książkach często pojawiają się błędy ortograficzne?

Facebook Lidl Polska

I tu właśnie dochodzimy do błędu, ale mojego – powinnam inaczej sformułować to pytanie albo przynajmniej zadać dodatkowe: „Jakie błędy spotykasz w książkach najczęściej?”. Jestem pewna, że błędy ortograficzne nie znalazłyby się nawet w pierwszej trójce. Zdecydowanie łatwiej przepuścić literówkę albo jakiś błąd składu. Tyle że z tych ostatnich niewiele osób zdaje sobie sprawę. Wiecie na przykład, że myślniki (półpauzy) powinny znajdować się zawsze na końcu wersu, chyba że wyznaczają początek dialogu albo wypunktowanie? Weźcie do ręki pierwszą z brzegu książkę i sprawdźcie, czy ktokolwiek stosuje się do tej zasady. „Moi” składacze muszą nieźle kląć pod nosem, gdy mają nanieść na tekst moją korektę, bo ja te wszystkie półpauzy zaznaczam. A oni mają przez to masę roboty.

Ale wróćmy do ankiety. Zdziwiło mnie, że macie taką tolerancję dla interpunkcji. Ale może wynika to z faktu, że interpunkcja w języku polskim jest naprawdę skomplikowana i mało kto zna i stosuje wszystkie zasady. Zróbcie sobie rachunek sumienia: czy zawsze zamykacie przecinkiem zdanie podrzędne? Na przykład w zdaniu:

Ankieta, którą wypełniłam bardzo pomogła Ewie w napisaniu artykułu.

Przed „który” pewnie postawicie przecinek – to oczywiste. Ale drugi powinien znaleźć się po „wypełniłam”, bo tam kończy się zdanie wtrącone. Gdybyście je wprowadzili w nawiasie, na pewno pamiętalibyście o zamknięciu, ale o przecinkach wiele osób zapomina:

Ankieta (którą wypełniłam) bardzo pomogła Ewie w napisaniu artykułu.

Kto jest temu winny?

Skoro są błędy, to trzeba wskazać winnego. Na szczęście w wydawnictwach książkowych nikt nie obarcza redaktorów odpowiedzialnością finansową za ewentualne uchybienia. A tak zdarza się np. w agencjach marketingowych – za błąd na ulotce dla dużej firmy ktoś musi odpowiedzieć i zazwyczaj wina spada na ostatnie ogniwo łańcucha, czyli na korektorów…

Skąd się biorą błędy w książkach

Zmroziło mnie, kiedy zobaczyłam odpowiedzi na to pytanie. Jesteście bezwzględni. Korektorów i redaktorów wskazało w sumie prawie 80% ankietowanych! Tłumacze za to mogą spać spokojnie – na nich głos oddały tylko 3 osoby.

Pozwólcie, że szybko opowiem Wam, jak wygląda proces wydawniczy:

Wybór tytułu

Wydawca lub redaktor prowadzący decyduje o wyborze tytułu do publikacji. Podpisuje umowę z autorem albo wykupuje prawa do tłumaczenia – to różnie wygląda, nie będziemy się tu rozpisywać.

Ewentualnie tłumaczenie

Tekst, jeśli jest obcojęzyczny, idzie do tłumaczenia.

Redakcja, czyli pierwsze czytanie

Teraz do akcji wkracza redaktor. Poprawia książkę w Wordzie. Jeśli to polska publikacja, zazwyczaj ma kontakt z autorem i może z nim omówić wątpliwości (choć nie zawsze). W przypadku tłumaczenia redaktor powinien mieć dostęp do oryginału. Dobrze, jeśli zna język, w którym napisano książkę – może wtedy porównać wątpliwe partie tekstu. Ale czasem redaktor ma przed sobą tylko polską wersję. I teraz zauważcie: jeśli tłumacz zrobi jakiś błąd, źle odczyta znaczenie wyrazu czy całego kontekstu – redaktor nie ma wielkich szans na wykrycie takiego błędu!

Skład

Po redakcji tekst jest jeszcze zazwyczaj konsultowany z autorem i jeśli wszystko jest w porządku – książka trafia do składu. Specjalista od DTP nadaje jej taką formę, w jakiej zostanie wydrukowana i ułożona na księgarnianych półkach.

Korekta, czyli drugie czytanie

Złożona książka w formacie pdf jest przekazywana korektorowi, który nanosi poprawki na komputerze albo drukuje książkę i zaznacza błędy kolorowym długopisem. Korektor widzi książkę taką, jaka zostanie wypuszczona do druku – teoretycznie. W praktyce często książka nie ma jeszcze na tym etapie wklejonych zdjęć albo ma zdjęcia, ale bez podpisów, bywa i tak, że rozdziały są wlane pi razy oko i jeszcze będą poprawiane, bywa, że nie ma pagin (czyli tego, co jest na samej górze i dole strony, obok numeru strony może to być tytuł rozdziału, tytuł książki albo nazwisko autora itp.). Nie zawsze korektor dostanie drugą szansę, by przejrzeć książkę. A wina za błędy i tak spadnie na niego.

Ostatnie poprawki

Ostatni etap to nanoszenie korekty. Pamiętajcie – korektor nie wprowadza zmian bezpośrednio do pliku, on je zaznacza na nieedytowalnym pdfie albo na papierze. Zmiany nanosi operator DTP (składacz)! A jeśli tych zmian jest dużo, istnieje ogromna szansa, że składacz część z nich przeoczy. Może też korygując jeden błąd, niechcący zrobić jakiś inny. W mojej 10-letniej karierze korektora tylko RAZ zdarzyło mi się, że dostałam do przejrzenia książkę po wprowadzeniu zmian przez składacza. I było w niej jeszcze sporo błędów. W przypadku drobnych druków – ulotek, okładek płyt itp. – plik po poprawkach często wraca do korektora. A potem znowu idzie do składu i znów do korektora. Bo graficy ciągle „zapominają” nanieść jakieś poprawki. Końcowy plik nosi wtedy nazwę na przykład: „booklet_akcept12” (autentyk!).

Czas to pieniądz

Nie bez powodu zapytałam Was właśnie o czas. Jak się Wam wydaje: jak długo trwa proces wydawniczy książki? Miesiąc, pół roku, rok? Byłoby idealnie, gdybyśmy na wydanie każdej książki zawsze mieli co najmniej rok, ale to utopijna sytuacja. Proces wydawniczy to koszty, zysk książka wygeneruje dopiero po wprowadzeniu jej do księgarń. Nie ma na co czekać!

W ankiecie braliśmy po uwagę przeciętną książkę – około 300 stron, bez ilustracji, bez szału, jeśli chodzi o formatowanie czy elementy graficzne, o przyjemnej tematyce, niespecjalistycznej. Spójrzcie na wykresy i porównajcie je z liczbami, z którymi ja mam na co dzień do czynienia:

Skąd się biorą błędy w książkach

Tłumaczenie: 2 miesiące

Dawaliście tłumaczowi nawet mniej czasu. Bywa i tak, że tłumacze muszą szybciej napisać książkę, ale ci, z którymi rozmawiałam, zaznaczają, że 2 miesiące na 300 stron to absolutne minimum. Ile zarobią w ciągu tych dwóch miesięcy, to inna rzecz, ale nie o stawkach dziś rozmawiamy.

Skąd się biorą błędy w książkach

Redakcja: 2 tygodnie

Optymiści z Was! Prawie połowa podała czas dłuższy niż 2 tygodnie. Oczywiście bywa i tak, że na książkę mamy 3 tygodnie, ale 4 i więcej to już nie są częste przypadki. Zdarza się też tak, że redakcja trwa pół roku – właśnie niedawno skończyłam redagować książkę, którą przygotowuję od grudnia. Ale kolejne rozdziały dostawałam stopniowo, co 3–4 tygodnie albo rzadziej. I przez te pół roku nie dostałam za swoją pracę ani grosza, bo fakturę wystawiam dopiero na sam koniec. W tym zawodzie trzeba umieć doskonale gospodarować finansami, wypłaty nie przychodzą pierwszego dnia każdego miesiąca.

Skąd się biorą błędy w książkach

Skład: 4–5 dni

Dobrze przygotowaną książkę można złożyć nawet w jeden wieczór. Tylko uwaga – mówimy o samym tekście. Zostaje jeszcze okładka (czasem projektuje ją składacz, czasem grafik) i poprawki korektora! Pamiętacie, o czym pisałam wyżej? To składacz nanosi na plik poprawki korekty. Jeśli na etapie składu nie przyłoży się dobrze, dostanie od korektora pokreślony tekst i wprowadzanie zmian zajmie mu kilka godzin. A to nie jest przyjemna praca.

Nawet te 4–5 dni to utopia. Często składacz dostaje telefon z pytaniem, czy zdąży coś zrobić w ekstremalnie krótkim czasie. Jeśli nie – trudno, zrobi to ktoś inny, wydawnictwo nie może czekać. Najczęściej ma już umówiony termin w drukarni i sporo nagromadzonych opóźnień z poprzednich etapów pracy nad książką. Składacz musi nadrobić stracony czas.

Skąd się biorą błędy w książkach

Korekta: 5–7 dni

Jeśli składaczowi nie udało się wiele nadgonić, pałeczkę przejmuje korektor. Gdy na przeczytanie książki ma tydzień, może się uważać za szczęśliwca. Tydzień w zupełności wystarcza na poprawienie 300-stronicowej książki o przyjemnej tematyce. O ile redakcja i skład zostały zrobione profesjonalnie! I o ile korektor nie robi nic innego w tym czasie. A zazwyczaj robi, bo ma rodzinę na utrzymaniu. Za tej objętości książkę dostanie ok. 350–500 zł. To nie daje imponującej miesięcznej wypłaty. Ale nie o pieniądzach miał być ten tekst…

Muszę zmartwić 1/3 osób biorących udział w ankiecie – nie zdarzyło mi się, żebym na korektę miała więcej niż 2 tygodnie. A najczęściej odbieram w piątek po południu telefon z pytaniem, czy zdołam przygotować jakiś tekst na poniedziałek. Bywało już i tak, że w weekend czytałam 600 stron. Zawsze przykładam się do pracy najlepiej, jak potrafię, ale przy takich terminach nie ma szans, żeby wyłapać wszystkie usterki.

Dlaczego w książkach są błędy?

Jedno z ostatnich pytań w ankiecie było otwarte. Nie chciałam Wam nic sugerować. I tak już naprowadziłam Was na pewien tok myślenia, zadając pytania o czas pracy na poszczególnych etapach procesu wydawniczego. Oto, jakie przyczyny błędów w książkach wskazywaliście najczęściej:

  • pośpiech,
  • czynnik ludzki – nikt nie jest nieomylny,
  • niekompetencja,
  • rutyna,
  • niskie płace,
  • czytanie tekstu kilka razy przez jedną osobę (to ważne – rozwinę ten wątek niżej),
  • pomijanie pewnych etapów wydawniczych (np. brak korekty po składzie – rzeczywiście bywa tak, że książka po składzie idzie tylko do rewizji, czyli szybkiego przejrzenia),
  • praca wyłącznie przy komputerze – na wydruku widać więcej błędów,
  • zbyt duże zaufanie do autokorekty (czy dobrze rozumiem, że chodzi o automatyczne poprawki w Wordzie? – mam nadzieję, że żaden redaktor nie korzysta z autokorekty, to zbrodnia!),
  • brak egzemplarzy próbnych, które można przejrzeć przed finalnym drukiem (słuszna uwaga, ale na to przeglądanie trzeba by mieć czas, a jak jest z czasem – widać wyżej),
  • nieuważne wprowadzanie poprawek przez operatora DTP (to musiał pisać jakiś korektor),
  • przesunięcia po wprowadzonych zmianach (to znów głos profesjonalisty – mówiłam o tym wyżej: nie zawsze tekst, który idzie do korekty, jest ostatecznym, a to spore utrudnienie).

Wszystko się zgadza. Choć z niekompetencją bym nie przesadzała. Oczywiście – zdarzają się niewłaściwe osoby na niewłaściwym miejscu, ale jeśli uważnie czytaliście wszystko, co napisałam powyżej, wiecie, że czasem mimo najszczerszych chęci kompetentnego (!) korektora w książce mogą zostać błędy.

Z perspektywy redaktora

Pozwólcie, że powiem Wam, jak ja to widzę. Z mojego doświadczenia wynika, że jest 5 podstawowych czynników, które przyczyniają się do tego, że w książkach zostają błędy:

1. Czas

Są osoby, które lubią pracować pod presją czasu, ale trzeba uczciwie przyznać, że takie napięcie nie pomaga, jeśli trzeba się skoncentrować na tekście. Korektor, który pracuje po nocach, jest zmęczony, spędza przed monitorem 10–12 godzin dziennie (a tak to niestety często wygląda), nie będzie pracował tak dobrze, jak ktoś, kto siada do książki ze świeżą głową i wie, że ma na jej przeczytanie przyzwoitą ilość czasu.

2. Bardzo zły oryginał – pod względem stylu

Oglądałam niedawno film Geniusz. Z ust filmowego redaktora Maxa Perkinsa, którego grał Colin Firth, padają istotne słowa (chodzi mi o ten drugi cytat):

Facebook cytat z filmu Geniusz

Czy redaktorowi wolno zmienić źle napisaną książkę? Musi wyeliminować błędy ortograficzne, zapanować nad interpunkcją. Ale jeśli fabuła jest nielogiczna, zbyt pretensjonalna, a język po prostu słaby – redaktor może tylko zasugerować autorowi zmiany. A ten wcale nie musi ich wprowadzać. W końcu to on podpisuje się na okładce.

Tymczasem w ankiecie tylko 8% osób wskazało autora jako odpowiedzialnego za błędy w książce. Rozumiem intencję – pewnie braliście pod uwagę to, że autor nie ma obowiązku sprawdzać przecinków. Fakt, to należy do redakcji. Ale książka, nawet jeśli czysto technicznie poprawna, może być bardzo zła. I redaktorzy nie zawsze mają na to wpływ. Trzeba to wziąć pod uwagę.

3. Bardzo zły oryginał – pod względem poprawności

Oryginał może być też zły „technicznie”. Zdarzyło mi się poprawiać książki z błędami typu „Mojrzesz”. Możecie sobie wyobrazić, jak dużo było tam do zmiany, jeśli pojawiały się takie rażące ortografy? Jeśli w niemal każdym zdaniu jest kilka rzeczy do poprawki, istnieje duża szansa, że nie wszystkie zostaną wyłapane.

Z błędami jak z karaluchami – za każdym pojedynczym osobnikiem, który ukazał się Waszym oczom, kryją się dziesiątki innych, ukrytych po kątach. Jeśli nawet znajdziecie w książce błąd, zastanówcie się, ile mogło ich być na początku i ile zostało wyeliminowanych. I doceńcie pracę redaktorów za te błędy, których już nie widać.

4. Niesprawdzona korekta

Sygnalizowałam ten problem już kilka razy, ale napiszę o nim ponownie, bo to bardzo ważne. Książka tuż przed drukiem idzie do korekty. Korektor zaznacza błędy, ale wprowadza je składacz! I korektor najczęściej już więcej swojego dzieła nie widzi. Czy składacz zrozumiał wszystkie poprawki? Czy nie zrobił literówki przy wpisywaniu dodanego wyrazu lub zdania? Czy przesuwając półpauzę na koniec wersu, nie przeoczył innej, która po tej zmianie wskoczyła na początek? O tym korektor się już nie dowie, bo nie ma na tyle czasu, żeby mógł zweryfikować naniesienie poprawek. A wina za błędy i tak spadnie na niego…

5. Jedna osoba od wszystkiego

Kiedy zaczynam współpracę z nowym wydawnictwem, zawsze pytam, jak rozdzielane są obowiązki. I gdy dowiaduję się, że jedna osoba robi i redakcję, i korektę – sugeruję zmianę. To jest absolutnie nielogiczne, bo przecież mogłabym więcej zarobić, gdybym wzięła na siebie jedno i drugie czytanie, ale wiem, że książce to nie służy.

Przypuśćmy, że mówimy nie o korekcie, a o sprzątaniu mieszkania. Zakładam, że podłogi zawsze najpierw odkurzacie, a potem zmywacie mopem. Jeśli robi to jedna osoba:

  • po pierwsze – po odkurzaniu jest już zmęczona i jeśli ma od razu zacząć mopować, zrobi to pewnie niedokładnie,
  • po drugie – pamięta, które miejsca odkurzyła dokładniej, i te mopem przeciera już tylko pobieżnie (przecież jest czysto),
  • po trzecie – nie lubi niektórych części mieszkania i zwyczajnie ich unika albo odkurza po łebkach, mopem zrobi to samo.

A gdyby za mop (korektę) wziął się ktoś inny? Nie wiedziałby, które fragmenty sprawiały trudności, które były bardziej lub mniej dokładnie czytane, i spojrzałby na wszystkie równie uważnie. Poza tym widziałby ten tekst po raz pierwszy i mógłby wyłapać pewne niekonsekwencje, które przy kolejnym czytaniu wydały się odkurzającemu i mopującemu redaktorowi oczywiste i nie zwróciły jego uwagi.

Grunt to współpraca

Im więcej osób czyta książkę przed drukiem, tym lepiej. Oczywiście pod warunkiem, że każda z nich zna zasady ortografii, interpunkcji i składu i potrafi się nimi kierować. Bo bywa i tak, że korektor niesłusznie poprawia redaktora, składacz nie zgadza się z poprawkami korekty, a redaktor prowadzący ma o tym wszystkim jeszcze inne zdanie. Ponieważ czas goni, to nikt z nikim nie rozmawia i do druku trafia książka, która zbiera potem baty na blogach. A 63,2% tych batów spada na barki Bogu ducha winnego korektora.

Bądźcie wyrozumiali dla osób biorących udział w procesie wydawniczym. Robimy wszystko, żeby dostarczać Wam dobre książki. Ale czasem coś się nie udaje. I – uwierzcie mi – nas denerwuje to jeszcze bardziej niż potencjalnych czytelników.

  • O oszacowaniem czasu trafiłam :). O składzie nie wiedziałam, w sumie to ciekawe, bo skoro jest korekta, a za błędy może odpowiadać składacz… pokrętna logika ;).

    Ciekawi mnie fragment z tłumaczeniem złego oryginału. Co prawda nie czytałam Harrego Pottera ani w oryginale, ani w tłumaczeniu, ale słyszałam kilka opinii na temat tego, że to tłumacz „zrobił robotę” (przynajmniej w j. polskim) i samo tłumaczenie jest o niebo lepsze od oryginału. I od razu nasuwa mi się właśnie pytanie – jak dalece tłumacz może ingerować w tłumaczony tekst?

    • Ja słyszałam opinię, że ostatnia część Harry’ego została w tłumaczeniu skopana 🙂 Ale oryginału nie czytałam i nie znam języka aż tak dobrze, żeby oprócz zrozumienia tekstu zauważyć, czy jest napisany z polotem czy bez.

      Swoją drogą – to jest bardzo dobre pytanie. Nie jestem tłumaczem, więc nie potrafię na nie odpowiedzieć, ale może uda mi się wyciągnąć opinię od znajomych tłumaczy – albo może ktoś tu odpowie.

      Co do składu – ten system ma bardzo dobre uzasadnienie. Gdyby korektor miał dostęp do złożonego pliku w programie do składu, mógłby wiele rzeczy zepsuć i składacz potem by się z tego nie wygrzebał. Elementy DTP miałam na studiach, ale chyba i tak bym się tego nie podjęła. Lepiej jest, jeśli poprawki nanosi składacz. Ale dobrze, gdy składacz ma jakieś pojęcie o korekcie i jest dokładny.

      W książkach to i tak pół biedy. Ale przy czasopismach i drobnych drukach najczęściej pracują graficy. Na obrazkach znają się doskonale, na tekście gorzej. Z nimi się dogadać, to jest dopiero męka.

      Z tego miejsca pozdrawiam wszystkich grafików, którzy mieli przyjemność znosić moją upierdliwość przy wprowadzaniu 110 poprawki 😉

      • Ewa, ja się odnosiłam do pierwszych części HP. Ostatnia to podobno (podobno, ponieważ ta seria to zupełnie „nie moja bajka” i nie czytałam nawet pół zdania) kompletny niewypał i wielu fanów było nią rozczarowanych.

        Ja rozumiem, że korektor mógłby składaczowi popsuć więcej niż w sytuacji odwrotnej ;). Dziwi mnie tylko, że tak jest. Choć w sumie nie powinno. Jakoś nie widzę idealnego rozwiązania – może takie, gdy korekta byłaby przed składem lub byłyby dwie korekty ;).

        Ale… czas, czas, czas.

        • Jest bardzo proste rozwiązanie. Wystarczy, żeby korektor mógł przejrzeć książkę po tym, jak składacz naniesie poprawki. I kolejny raz, kiedy składacz poprawki to, co zepsuł, albo doda to, czego nie naniósł 😉 I tak do skutku.

          Właściwie mógłby to robić pracownik wydawnictwa, niekoniecznie korektor. To już tylko kwestia porównania dwóch plików.

          Ale – tak jak mówisz – czas. A poza tym – korektor musiałby dostać za to dodatkowe pieniądze, bo to nie wchodzi w skład korekty. No i tu dochodzimy do ściany.

          A Harry’ego lubię. Długo go unikałam, ale dwa lata temu przeczytałam całą serię – z każdym tomem jest coraz „doroślejsza” i coraz lepsza. Moim zdaniem warto 🙂

  • Cześć! Jak tu od strony składacza. Świetny artykuł pokazujący jak wygląda cały proces od środka i z całością się zgadzam. Potwierdzam.

    Pamiętam moje pierwsze projekty i nanoszenie korekt. To, że wydawnictwo, z którym współpracuję zgodnie do dziś, nie powiesiło mnie na suchej gałęzi na „zapominanie i przeoczanie” korekt, jest cudem. Na szczęście praktyka czyni mistrzem, a i korekta nanoszona bezpośrednio na cyfrowy plik .pdf znacząco poprawiła sytuację.

    Jestem okropnym dyslektykiem, ale staram się jak najwięcej wynosić z pracy z redaktorami i korektorami. Sama też trochę o tym poczytałam. Już na etapie I składu staram się poprawnie ustawiać wspomniane myślniki (lub półpauzy), nie mylić ich z dywizami, uważać na wdowy, bękarty, wiszące spójniki i ilość znaków dzielenia na końcu linii.

    Często we współpracy bardzo brakuje mi redaktora. Niestety zazwyczaj jestem ja i korektor, a i nie każdy korektor wie i zwróci mi uwagę na pewne błędy (wspomniane wyżej). czasem jest też tak, że korektę robi i korektor i autor i nie raz było tak, że błąd był kwestią dyskusyjną i jedna strona mówiła „A” a druga strona „B” i kogo tu słuchać?

    No i tak, z racji zawodu niemal od razu wyłapuję błędy składu i bardzo przeszkadzają mi w odbiorze tekstu. Są one zresztą dość częste, choć nie ma ich dużo. Niektóre nie są nawet błędami składu, ale wyglądają w mojej opinii nieestetycznie i przeszkadzają w płynnym czytaniu, dlatego samej składając – bym się ich pozbyła.

    • Cieszę się, że opisałaś swoje doświadczenia! Dobrze wiedzieć, jak to wygląda od drugiej strony 🙂

      Lepiej Ci się nanosi poprawki z pdfów niż z papieru? Wielu składaczy to potwierdza, ale dla mnie – z punktu widzenia korektora – praca na pdfie jest bardzo męcząca. Na ekranie mniej widać, a nanoszenie zmian trwa dłużej. Na papierze stawiam dwie kreski, a w pdfie muszę dodać notatkę: „proszę usunąć przecinek” – mniej więcej do 50 strony używam formy „proszę”, potem już mniej się staram 😉

      Poprawki korekty i autora to faktycznie problem… Korektor powinien dostać poprawki autora i przejrzeć, czy mają sens. Ale jak zawsze – czas, czas, czas.

      A powiedz – czy jest jakiś sposób na automatyczne przeniesienie spójników z końca wersów? Czy składacze robią to ręcznie? Zawsze mnie to ciekawiło, a nie miałam nigdy okazji zapytać 🙂

      • Tak istnieją kody. Nie w każdym przypadku niestety, ale dla większości (w tym dla spójników) jak najbardziej. Gdybym miała każdy błąd z osobna robić ręcznie, to
        1. Bym chyba umarła (a co najmniej dostała oczopląsu)
        2. Jeśli gdzieś wcześniej autor postanowi dopisać/usunąć kilka zdań, parametry składu ulegną zmianie, czy ogólnie zdarzy coś co wpłynie na układ tekstu, to skład się po prostu posypie. A tak, wszystko pięknie automatycznie wyrówna program. Ja tylko sprawdzam czy zrobił to dobrze i to czego program nie jest w stanie zrobić.

        .

        Zawsze się zastanawiałam ile to korektor musi się namęczyć z tym cyfrowym poprawianiem, bo mnie osobiście też lepiej by się poprawiało druk. Ewentualnie tablet z piórkiem elektronicznym i lecę – taka imitacja korekty na papierze.

        Ale empatia szybko mi wyparowała z głowy, gdy dostałam do ręki skan z poprawkami naniesiony waszymi korektorskimi skrótami. Wówczas bardzo szybko powiedziałam „nic z tego!”.
        Niestety sprawne nanoszenie korekt wymaga biegłej ich znajomości i najlepiej wykreślania tego, co już zostało naniesione, bo w przeciwnym wypadku bardzo łatwo zgubić się. A jak sama zauważyłaś: czas, czas, czas…

        No i sama pewnie wiesz, jakie to irytujące, gdy nie można zachować pewnej ciągłości myśli/pracy. W korekcie cyfrowej robię tylko „x” i przechodzę dalej.

        Ale korektorzy, z którymi pracuję, jeśli trzeba coś usunąć, to tego nie piszą, tylko używają opcji przekreślenia. A jeśli jest literówka to funkcja przekreślenia + komentarz w stylu „a”. Jeśli mogą, używają jak najwięcej skrótów i „j/w”. I ja nie mam pretensji, gdy nie używają słowa „proszę” bo na 350 stronie, chyba nikt by już nie był w stanie.

        • Czyli są kody, to dobrze. Bo to by była naprawdę ciężka praca…

          Ja też na pdfach przekreślam, ale czasem znaki się zlewają, szczególnie jak trzeba usunąć pojedynczy znak. I wtedy wypada dać komentarz.

          Ale genialny pomysł z tym tabletem! Muszę to spróbować wprowadzić w życie 🙂 Dziękuję!

          • Nie ma za co. 😀 Tak pomyślałam, że ja bym spróbowała jak najbardziej symulować pracę na papierze.

            A może się orientujesz jeszcze, kto odpowiada za poprawne przepisanie tekstu. Bo do mnie często trafiają teksty z błędami typu dywiz zamiast myślnika, miękkie entery, jakieś pofiksowane formatowanie. No i potem poprawiam to wszystko.

          • Za wszystko przed składem odpowiada redaktor. Ja zawsze maksymalnie czyszczę formatowanie. W jednym wydawnictwie mam taki układ, że tekst książki wklejam w szablon i oznaczam stylami – tekst podstawowy, kursywa, indeks górny, cytat – wszystko ma osobny styl. Podejrzewam, że to bardzo ułatwia pracę składaczowi. Aż się dziwię, że inne wydawnictwa tego nie stosują 🙂

          • O tak, bardzo ułatwia!
            To zależy wiesz. Głównie współpracuję z malutkimi wydawnictwami i self-publisherami stąd takie problemy.

          • A to fakt – przy self-publishingu może być różnie…

            Moje najdziwniejsze zlecenie to była książka, którą musiałam przygotować w Wordzie (!) tak, żeby mogła iść od razu do druku. A że Word to głupi program – nie było to łatwe. To był właśnie self-publishing. No ale udało się (podobno, bo nie widziałam efektów ;)).

          • O rety! Ja na szczęście nie musiałam ale mam pytania jak to zrobić by .pdf był edytowalny. I jest to do pewnego stopnia możliwe ale trzeba wykupić program no i możliwości szału nie robią

          • Ja bazuję na darmowych programach do pdfów, więc mogę tylko podkreślać, skreślać albo podświetlać i dodawać komentarze. Ewentualnie kroić albo łączyć pdfy. Ale też nigdy nie miałam potrzeby takiego pdfa edytować, więc nawet się nie interesowałam możliwościami płatnych programów 🙂

        • Sporo typograficznych błędów można wyeliminować już na początku składu i uniknąć ich ponownego pojawiania się po ewentualnej zmianie tekstu, stosując odpowiednie sztuczki w InDesignie – polecam książkę GREP w InDesign CS3-CS5

          • Mam do Was pytanie – gdzie uczyliście się składu? Chciałabym opanować chociaż podstawy. Miałam InDesigna na studiach, ale krótko i niewiele już pamiętam. Da się tego samemu nauczyć?

          • Ja się akurat nauczyłem, pracując w małej oficynie wydawniczej. Przed zatrudnieniem tam nie miałem zielonego pojęcia o składaniu książek.

          • Rozumiem. To dla mnie kiepskie rozwiązanie, bo pracuję sama w domu 🙂 Ale będę kombinować 🙂

          • Jak masz zacięcie, możesz spróbować na własną rękę. Największą przeszkodą w tym wypadku jest zakup programu do składu. Na własny użytek to się kompletnie nie opłaca.

          • To jest problem, fakt. Gdybym się decydowała, to raczej z myślą, żeby wyszkolić się tak, by móc świadczyć usługi w tym zakresie. Tylko musiałabym najpierw znaleźć czas na ćwiczenia. Czas, czas, czas…

          • Ja natomiast na studiach a potem czytałam różne publikacje i w praktyce.

            Można nauczyć się samemu – kwestia programu – ale warto dowiedzieć się też o podstawowych błędach składu.

          • Korzystam z wielu kodów, ale dzięki za polecenie. Sprawdzę 😀

  • Bardzo ciekawy artykuł. Jako studentka edytorstwa naprawdę doceniam. Zwłaszcza diagramy, to pomaga zwizualizować sobie, jak różne oczekiwania i wyobrażenia mają ankietowani po jednej, drugiej i obu stronach barykady. Fajnie, że tak przejrzysto opisano poszczególne etapy pracy nad tekstem, a niektóre odpowiedzi naprawdę mnie zaskoczyły. To przydatna i fajna ściągawka, a dodatkowo pomaga rozwinąć wiedzę u osoby, czytaj mnie, która o branży się dopiero uczy i stawia w niej pierwsze kroki.

    Podoba mi się też, jak podkreślasz ciężkie kwiatki, z którymi w trakcie poprawiania się człowiek mierzy. Jako osoba, która znajdowała się zarówno po stronie autora, jak i redaktora/korektora zdaję sobie z tego sprawę, ale ludzie widać niekoniecznie. Bywa też przecież, że tekst zostanie odczytany opacznie, a na którymś etapie ludzie się nie dogadają i stąd pewne niedociągnięcia lub konflikty na linii autor-cała reszta.
    Zazdroszczę przy tym niezmiennie składaczom, bardzo chciałabym kiedyś do nich dołączyć. 🙂

    • Ja też zawsze chciałam nauczyć się składu. Ale nie mam talentów plastycznych i uznałam, że to za duża przeszkoda. Nie wiem, czy słusznie 🙂

      Powodzenia na tej trudnej drodze! Nasz zawód jest wymagający i czasem niewdzięczny, ale potrafi dać dużo satysfakcji 🙂

      • Sam skład to w dużej mierze praca czysto techniczna. Wykonywania poszczególnych czynności w programie, uważam, że jestem w stanie nauczyć każdego. To projekt szablonu wymaga już zmysłu estetycznego i wiedzy, choć np. projekty książek są do siebie bardzo podobne. I jak to mówił mój wykładowca pracowni wydawniczych „Nie odkrywaj Ameryki, weź pierwszą z brzegu książkę i zobacz jak jest przygotowana” 😉

        • Obawiam się, że u mnie właśnie kreatywność mogłaby kuleć 🙂

  • Rewelacyjny tekst, chylę czoła! Dobrze móc odkryć, co ludzie myślą o naszym zawodzie i o tym, jak powstaje książka. Wiele mitów zostało dzięki Tobie obalonych 🙂 Zaczynam też doceniać to, że na korektę niektórych książek mam kilka miesięcy, już dawno nie zdarzyło się, bym musiała wszystko ogarnąć w jeden weekend.

    • Kilka miesięcy? O, szczęśliwy człowieku! Mnie się takie zlecenia nie trafiają 🙂 Ale też inna rzecz, że to moje podstawowe źródło utrzymania, więc nie rozwodzę się nad książkami zbyt długo, bo muszę czymś dzieci nakarmić 😉

      • Coś w tym jest – bo nawet jeśli mam na coś kilka miesięcy, to i tak robię to w ciągu paru ostatnich dni. Bardzo trudno jest mi się zmobilizować do pracy przy tak długich terminach.

        • Właśnie niedawno śmiałam się, rozmawiając z Mężem, że to całe planowanie nie ma sensu 😉 Początek miesiąca zrobił mi się luźniejszy, bo zaczęłam „wyciszać” zlecenia przed urlopem. I zamiast się spiąć, zrobić wszystko i móc się już teraz spokojnie pakować, to pracowałam w żółwim tempie. Efekt? Teraz muszę się dopiero spinać, żeby się wyrobić przed wyjazdem 😉

          Organizacja czasu zdecydowanie lepiej mi wychodzi, jak mam dużo na głowie 😉

  • Justyna Karolak

    Bardzo dobry i potrzebny artykuł – myślę, że potrzebny zwłaszcza korektorom, redaktorom i innym związanym zawodowo z procesami wydawniczymi i pracą z cudzym słowem pisanym. Natomiast podzielę się moją refleksją na pewien poruszony w artykule wątek – refleksją pisarza. Otóż jestem zaskoczona tezą postawioną w artykule, że odpowiedzialnością za błędy – rozmaite – obecne w wydanych już książkach powszechnie obarcza się korektorów, redaktorów, składaczy etc., a nie pisarzy, nie autorów. Czy rzeczywiście tak jest – czy to na pewno miarodajna teza, czy jest to jedynie teza postawiona na bazie wyników ankiety? Bo jako pisarz – zawsze otrzymuję cięgi od czytelników i recenzentów za błędy; nigdy nie spotkałam się na żadnym forum, aby winą za błędy obarczono głównie np. redaktora czy korektora. Nie mówię, że dostaję te cięgi niesłusznie – absolutnie poczuwam się do odpowiedzialności za tekst zawarty w mojej powieści – ale zdumiało mnie zwyczajnie, że czytelnicy mieliby wskazywać jako pierwszych w kolejce do tej odpowiedzialności redaktorów, a nie pisarzy…

    • Być może to zależy od „punktu siedzenia”. Ja z kolei najczęściej spotykam się z utyskiwaniami na złą korektę. Ale to pewnie efekt fali – jak człowiek uczy się jeździć samochodem, to wszędzie na ulicach widzi „elki” 😉

      Inna rzecz, że pretensje wysnuwane pod adresem korektorów dotyczą głównie warstwy językowej – literówek, interpunkcji, czasem stylu. Ale właśnie – odpowiedzialność za styl i merytorykę spada najczęściej na autora.

      Chociaż nie jestem pewna, czy „najczęściej” to dobre słowo. Nie znam żadnych badań na ten temat. 150 osób, które odpowiedziało na pytania w mojej ankiecie, to zdecydowanie za mało, żeby wydawać jakieś sądy. W tekście odwoływałam się do ankiety – stąd takie, a nie inne uogólnienie.

      Ale to dobry temat. Może kiedyś zostanie zbadany 🙂

      • Justyna Karolak

        Dodam, że na chleb zarabiam jako redaktor – i zawsze jako redaktor spotykam się czy to z większą „pobłażliwością”, czy z większym „szacunkiem” ze strony świata (aniżeli jako autor, pisarz – tu częściej spotykam się z krytycznym podejściem), i myślę, że odbiory te stanowczo nie mają nic wspólnego z moimi osobistymi jakościami/kompetencjami etc., raczej „zgłaszam je” jako być może interesujący potencjalnie, kolejny obszar badawczy na przyszłość… Pozdrawiam i dziękuję za bardzo dobry – powyższy – artykuł :).

        • Bardzo dziękuję za dobre słowo!

          Zastanawiam się, skąd takie odpowiedzi w ankiecie… Może zadecydowało to, że pytanie zostało zadane przez redaktora/korektora? Tego się już nie dowiemy. Ale temat ciekawy, faktycznie 🙂

          • Justyna Karolak

            Myślę, że tak – że to bardzo prawdopodobne; że pytania ankiety zostały sformułowane przez redaktora/korektora… ale tego się już nie dowiemy… Nic nie szkodzi! Artykuł, jak rzekłam, w mym poczuciu cenny, a reszta refleksji/wniosków – wciąż przed nami :). Pozdrawiam serdecznie, raz jeszcze dziękując za dobry artykuł :).

  • Brałam udział w ankiecie i bardzo czekałam na ten tekst.
    Za osobę odpowiedzialną za błędy wskazała autora. Oczywiście w domyśle nie miałam przeciwników, kropek, innych znaków interpunkcyjnych, czy literówek. Uważam jednak, że literat, który odważył sie napisać powieść, powinien znać podstawy ortografii i interpunkcji. Autor powinien napisać swoją książkę dobrze. Jeżeli książka byłaby dobra, nikt nie stwierdzi, że
    zepsuł ją korektor. Moim zadaniem, redakcja powinna być od wyłapania absurdów (np. Kobieta w ósmym rozdziale jest w trzecim miesiącu ciąży, a w trzynastym rozdziale, jest w drugim miesiącu). Dodam jeszcze taką anegdotę. Kiedyś zarzuciłam autorowi, że ma w swojej książce byki, paskudne byki ortograficzne, tłum obrońców krzyża (a nie przepraszam – AUTORA), zaczął na mnie, brzydko mówiąc, naskakiwać, że błędy w książce to wina korektora/redaktora. No! Przepraszam bardzo, ale jak autor, w swoim poście na Facebooku, pisze paskudne błędy, to ja nie wierzę w to, że korektor jest winny beznadziejnej książki. Nie pamiętam, jakich odpowiedzi udzieliła w pytaniach i terminy, ale jestem pewna, że nie dawałam zbyt dużo czasu na korektę/redakcje tekstu.
    Ps. W gwarze śląskiej nadal mówimy warzyć 😉

    • Jeśli autor robi naprawdę dużo błędów, to bardzo ciężko jest je wszystkie wyeliminować – nawet jeśli książkę poprawiałyby trzy osoby, a nawet to się przecież rzadko zdarza.

      Z drugiej strony – tak sobie myślę: jeśli autor jest naprawdę genialnym „wymyślaczem” historii i potrafi świetnie prowadzić fabułę, tylko z ortografią i interpunkcją mu nie po drodze, to niech sobie pisze, ale niech uprzedzi wydawnictwo, że będzie z jego książkami miało dużo pracy.

      Czasem bywa tak, że autorzy podpisują umowę na książkę, w niej zobowiązują się do jakichś terminów, a potem ich nie dotrzymują. W tym roku miałam w styczniu dostać książkę, której wydanie było planowane na początek lipca. Książka dotarła do mnie… końcem maja. Trzeba było ją robić na gwałt, bo jeszcze skład, jeszcze korekta… Na szczęście autor pisze dobrze, ale pracy i tak było dużo, a tempo szalone.

      W tekście pisałam o opóźnieniach – na pierwszych etapach procesu wydawniczego często się pojawiają i wydają się niegroźne. Ale potem musi nadrabiać redaktor, składacz, a jeśli im się nie uda, to korektor dostaje dwa dni na przeczytanie 500 stron. I bądź tu, człowieku, mądry i poprawiaj książki 😉

      Dziękuję za adnotację o warzeniu 🙂 Do dziś nie wiem, czy Lidl tego słowa użył specjalnie. Chcę wierzyć, że to nie paskudny ortograf 🙂

  • Aleksandra Król

    Z tymi myślnikami na końcu wersu to są dwie szkoły. Naprawdę 😉

    • ewapopielarz

      Podobnie jak np. z gwiazdkami oddzielającymi poszczególne wątki w ramach rozdziału. Jedni mówią, że powinny być na dole strony, inni – że na górze.

      Co do myślników – kieruję się wytycznymi Adama Wolańskiego. Ale jeśli wydawnictwo decyduje o innym zapisie, to się nie upieram 🙂